Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Edukacja w domu na twardo

Edukacja w domu | Na twardo

Zacznę od tego, że odniosę się do okraszonego licznymi zdjęciami artykułu, który znalazłem w Internecie. Opowiadał on o życiu w lockdown'ie polskiej wielodzietnej rodziny - rodziców z pięciorgiem dzieci. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że na zdjęciach które były w nim zamieszczone, ledwie dostrzegałem koniec pomieszczeń, w których te były robione. Poza tym, prezentowały już nie tylko porządek, ale wręcz sterylność. Na podłodze, na stołach, na szafkach nie było widać ani klocuszka, ani ciuszka, ani okruszka. Ani żadnej innej rzeczy, która dziecka jest...

Chcę przez to powiedzieć, że ten świat który widziałem na tych zdjęciach, i o którym czytałem w tym konkretnym tekście, z mojej perspektywy wydaje się nierealnym. Na blogu często odnosząc się do dzieci, określałem je mianem 'przenośnych generatorów chaosu'. Bo sam fakt naszej obecności gdziekolwiek, wypływa na otoczenie w którym się znajdujemy. Chociażby dlatego, że pachniemy. A pachnieć można na różne sposoby. Nie zawsze różami… W przypadku ludzi - zwłaszcza młodych ludzi, 'obecność' oznacza zmiany w przestrzeni, w których ci się znajdują. W krótkim czasie, ład i porządek - w każdym razie sytuacja pierwotna, zastana, zamienia się w... swojskość? W każdym razie w ten rodzaj uporządkowania, charakterystyczny dla dzieci: wszystko pod ręką, żeby nie było daleko szukać, czy sięgać; wszystko, bo wszystko może się przydać, nawet jeśli nie wiadomo kiedy i po co w danym momencie. Wszystko wreszcie, bo któżby zawracał sobie głowę sprzątaniem, gdy 'życie stygnie'...

Nie wiem jak to inaczej określić, więc powtórzę: nie żyjemy tak jak chcemy, tylko tak, jak potrafimy. W naszym przypadku oznacza to zaburzanie ładu przestrzeni w której przebywamy, w sposób ciągły.

I to właśnie chcę podkreślić, że moim zdaniem, nasze domy, mieszkania, nie są stworzone z myślą o ciągłym w nich przebywaniu i edukacyjnych, czy zawodowych aktywnościach, jak ma to miejsce w czasie lockdown'u. Nie oznacza to wcale, że tak być nie może, ale znakomita mniejszość buduje domy z takim własnie założeniem, w sposób świadomy kreując funkcjonalności wydzielonych pomieszczeń do pracy. Większość nie ma domów a mieszkania, w których liczba ograniczeń jest znacząco większa. Mamy w naszych domach/mieszkaniach mnóstwo rzeczy, z którymi wchodzimy w wielokrotne i wielorakie interakcje. Dzieciaki znajdują nietypowe zastosowania dla typowych przedmiotów, ale też i potrafią stosować nietypowe przedmioty w dość typowych zadaniach. W małej przestrzeni, w znacząco długim kontinuum czasu, genereujemy nakładające się na siebie zmiany. W przypadku rodzin wielodzietnych, ta sytuacja może jeszcze multiplikować. To trochę taka matematyczna silnia (!), o której wspominałem na blogu w jednym ze starych wpisów – 6! Czyli wielodzietne borderline.

W normalnej sytuacji, opuszczamy nasze domy/mieszkania udając się do pracy, szkoły, na zakupy, spacery, do kin, kawiarni, może nawet na podwórko. Wówczas rzeczy w opuszcznych przestrzeniach odpoczywają. Mogą poleżeć w spokoju tam, gdzie się znalazły. A my zmieniamy świat wokół nas w innych przestrzeniach. I ten sam chaos rozkłada się na znacząco większą przestrzeń. Dzięki temu, ma duże szanse zostać niezauważonym. O mniejszym znaczeniu dla świata. My sami możemy zaś odetchnąć innością. I powrócić do domów nie tylko pełniejsi sił, ale też woli skonkretyzowanych zmian - potrzebie uporządkowania, które z tej nowej perspektywy wejścia w ten domowy świat - nagle zauważalnie ciasny i w nieładzie, zdają się być łatwiej zauważalne i świadomie ukierunkowane.

I tym miłym akcentem, chciałbym przejść do zasadniczego tematu tego odcinka – edukacji w domu. Samo hasło 'edukacja w domu', może kojarzyć się z edukację domową. Nic bardziej mylnego! Edukacja domowa nie polega na edukowaniu dzieci w domu. Jest pojęciem znacząco szerszym, wykraczającym nie tylko poza przestrzeń domową, ale też jakościowo zgoła odmiennym, a w każdym razie znacząco rozleglejszym i bogatszym. Zapewne odniosę się i do tego w którymś z przyszłych wpisów na blogu.

W sytuacji lockdown'u, w której wszyscy się znaleźliśmy, nagle okazało się że Polska stoi specjalistami od edukacji zdalnej, kształcenia na odległość i w ogóle wszelkiego mistrzostwa. Na liście członków Stowarzyszenia E-learningu Akademickiego widnieje ledwie/aż dwieście nazwisk. Plus moje. A tymczasem, niczym grzyby po deszczu (na wypadek gdyby młodsi ze słuchaczy/czytelników nie wiedzieli, co to znaczy - deszczu wszak, jak na lekarstwo, proszę skontaktujcie się z rodzicami albo dziadkami - oni zapewne pamiętają co to oznacza i chętnie podzielą się wspomnieniami), pojawiły się w przestrzeni medialnej osoby i twory pouczające, nauczające, prezentujące i realizujące różne potrzeby poprzez zapośredniczenie kontaktu z drugim człowiekiem w jakiejś technologii. Wszystko z perspektywy własnego autorytetu i w stosownej, nobliwej otoczce. Oficjalne publikatory zaś, odtrąbiły sukces wszędzie, gdzie się dało.

Żeby nie być gołosłownym przypomnę, że Ministerstwo Edukacji krótko po zamknięciu szkół ogłosiło olbrzymi sukces – przeniesienia nauczania z sal szkolnych do wirtualnego świata. Ile w tym propagandy? Jakoś tak ministrowi edukacji umknęło stoparedziesiąt tysięcy dzieci, które zniknęły z systemu edukacji, nie pojawiając się nigdy w jej zdalnej formie. Powodów do wykluczeń w tym zakresie jest całkiem sporo i zaraz o nich opowiem. W jakiś sposób dotyczą one mnie samego, co również postaram się wytłumaczyć. I od razu dopowiem, że mówię o rodzinie żyjącej w dość dużym, bo dwustutyśięcznym mieście. Mieszkającym w samym niemalże jego centrum. Z zabezpieczeniem nie tylko logistyki, ale też i świadomości wychowawczej i rodzicielskiej. Oczywiście piszę to w zadufaniu w swoje i Ukochanej potencjały, kompetencje i umiejętności.

Ograniczę się tylko do aspektów zewnętrznych, technicznych. Do 'miękkich' aspektów edukacji w domu, związanych z tym, co w człowieku delikatne, zwiewne, niedookreślone i temporalne, a związane z doświadczaniem edukacji w domu, odniosę się mam nadzieję już wkrótce.

Zacząłem od przestrzeni. Edukacja zdalna ma związek z przestrzenią. Wymaga bowiem osobnego miejsca do tego aby uczyć się, czy pracować zdalnie. W praktyce oznacza to potrzebę nie tylko wydzielonej, ale i odizolowanej od innych przestrzeni, w której osoba ucząca się może swobodnie używać kanałów audiowizualnych do kontaktu z innymi uczestnikami procesu dydaktycznego.

Wspólne przebywanie kilkorga osób, które jednocześnie nie tylko słuchają, ale aktywnie zabierają głos w różnego rodzaju dyskusjach, czy też po prostu – odpowiadają na zadawane przez prowadzących czy współuczących się pytania, generuje dźwięki które są rejestrowane przez mikrofony innych osób w danym pomieszczeniu. Nie jest zatem wyjściem zastosowanie zestawów słuchawkowych, wyposażonych w mikrofony. Głosy naszych współdomowników, oderwane od kontekstu naszych własncyh interkacji, w których w danym momencie możemy uczestniczyć, w naturalny sposób będą zaburzać odbiór osób będących po 'drugiej' stronie. Również i dla nas samych, którzy mielibyśmy słyszeć takie głosy osób z poza kadru, mogłyby okazać się nie tylko dystraktorami, ale też uniemożliwić skupienie się i realizację stawianych przed nami zadań. Pomijam tu ewentualne skrępowanie, w sytuacji niezamierzonych efektów dźwiękowych generowanych przez rodzeństwo, lub domowników po prostu. W emocjach, które towarzyszą nam w przeżywaniu różnych sytuacji wcale o takie zdarzenia nie trudno. Widzę w tym perspektywę wyznaczaną gdzieś w przestrzeni między dystrakcją, obciachem i skupieniem.

Czy to znaczy, że potrzebujemy dla edukacji każdego z dzieci osobnego pokoju? Ile pokoi musiałbym 'wygenerować', stworzyć, dobudować, wynająć, kupić - niepotrzebne skreślić, aby nasze dzieci mogły uczyć się komfortowo? Bo nagle to, co w tradycyjnej dotychczas formie pracy własnej dziecka przy biurku, możliwości korzystania z urządzeń wspomagających bez konieczności rozmowy - przez co 'po cichu' bo np. w słuchawkach; również w możliwości rozłożenia w czasie tych aktywności w przypadku rodzeństw - wszystko to staje się jednym z wyzwań, któremu trzeba sprostać, a w każdym razie które trzeba rozegrać. Może rozwiązaniem są takie budki jak w korporacjach - odizolowane kabiny akustyczne z miejscem do siedzenia i stania, małym biurkiem i dostępem do mediów elektronicznych? I szesć takich kabin w jednym pokoju? Z obowiązkową klimatyzacją? To chyba nie moja bajka...

Wspomniałem o sprzęcie. Ile komputerów jest w twoim domu? Ile urządzeń, z których można sensownie skorzystać w edukacji zdalnej posiadasz? Już? Przyjmując, że większość zajęć szkolnych odbywa się w ciągu dnia, należałoby liczbę potrzebnych urządzeń przemnożyć przez liczbę osób aktywnie wymagających korzystania z nich w danym momencie. Pomijając sens, czy stać nas na to, aby posiadać tyle komputerów? Nie tylko w znaczeniu finansowym (bo kto bogatemu zabroni), ale też z punktu troski o środowisko.

My sami mamy w domu komputer. Bardzo fajny. Kilkuletni, choć wciąż jak nowy. Pozwalający na dużo, jeśli nie wszystko. Ale mamy jeden komputer, do podziału na wszystkich domowników. Jako ten-dla-wszystkich-osób-i-potrzeb, znajduje się on we wspólnej przestrzeni, aby każdy mógł z niego korzystać. Swoboda w sytuacji lockdown'u nie jest tutaj właściwym określeniem, więc nie użyłem go w poprzednim zdaniu. W sytuacji konieczności jednoczesnego korzystania z komputera do realizacji zajęć, pojawia się oczywisty problem: kogo zatem wykluczyć? Młodszych? Tych, na niższych szczeblach edukacji? Czy w czasie kiedy miałbym pracować w domu, czy ja sam, czy Ukochana - mielibyśmy wykluczyć dzieci? Wszak to dzięki pracy jesteśmy w stanie zabezpieczać wszystkie nasze życiowe potrzeby. Może jednak edukacja dzieci, inwestycja w nie same jest ważniejszą? No tak, ale jak wtedy sami mamy pracować?

Inne elementy związane ze sprzętem poza samą liczbą urządzeń zdolnych do prowadzenia takich zajęć, czy też uczestniczenia w nich, to chociażby wspomniane zestawy słuchawkowe i kamerki dla stacjonarnych komputerów. I to nie tylko tych starych, bo i tych nowych i mocnych - na przykład dla graczy. W momencie ogłoszenia lokdown'u, kamerki internetowe i słuchawki zostały wyprzedane na pniu. Teraz już chyba możliwości ich zakupu są. W całym spektrum oferowanych funkcjonalności, jakości i cen. Pozostaje jednak otwartym pytanie o sens takich zakupów. Bo jeśli 'na chwilę', to moim zdaniem nie powinniśmy tego robić. Jeśli 'na dłużej', ja sam zastanawiałbym się nad wyborem optymalnego zestawu jakości do ceny. Ale miałbym dylemat, co do liczby takich zestawów. W zasadzie chętniej kupiłbym dla siebie i dzieciaków dobre słuchawki, z których moglibyśmy korzystać nie tylko w potrzebie zdalnej edukacji. Muzyka jest dla mnie równie ważna, co możliwość partycypowania w świecie słowa mówionego, którego mogę słuchać np. w podcastach. A to, zgodnie z zasadą 'zapalić światło, znaczy rzucić cień', siłą rzeczy będzie dając jedną ręką możliwości, drugą szafować będzie zagrożeniami, wyzwaniami i problemami.

Idąc dalej - każde urządzenie elektroniczne musi być zasilane. Zauważyłem, już nie tylko w przestrzeni publicznej, bo u siebie i pośród moich znajomych, że rachunki za prąd w gospodarstwach które prowadzimy, uległy znaczącemu zwiększeniu. Z perspektywy pracodawcy czy szkoły, wynika to z faktu scedowania ponoszenia kosztów energii elektrycznej na osoby trzecie, w tym przypadku uczniów, pracowników i być w oczywisty sposób atrakcyjnym. Pytanie, co na to domowe budżety? Oczywiście jest to także naturalna okazja do przejrzenia swoich zwyczajów w tym zakresie. Może i ewaluacji prowadzącej do jakiejś reorganizacji. Nie mniej w sytuacji musu edukacyjnego, koszt ten, zwłaszcza w dłuższej perspektywie, może okazać się znaczącym.

Jeszcze raz uwypuklę wątek ekologiczny. Co zrobimy z tymi wszystkimi ustrojstwami, które kupiliśmy, kupimy lub kupilibyśmy na tę okoliczność, w momencie kiedy przestaną być niezbywalne? Na co mi sześć zestawów słuchawkowych? Może jeden wystarczy? A z resztą co - na śmietnik? Jeżeli chciałbym być ekologicznie poprawny, to nie powinienem mnożyć bytów ponad miarę. Pytanie jednak, czy miarą ma być ekologia i odpowiedzialność za środowisko, czy też potrzeby edukacyjne ewentualnie zawodowe odpowiednio moich dzieci i nas, rodziców? Odpowiedź na pytanie dam w drugiej - 'miękkiej' wersji edukacji w domu. Już niedługo.

Tak realizowany proces edukacyjny, czyli zapośredniczony poprzez medium internetu, to również wpuszczanie uczestników takich zajęć do naszych prywatnych przestrzeni. Czy to problem? Z moich doświadczeń wychodzi na to, że jest to bardzo ważny element wirtualnych spotkań. Ja pracuję z ludźmi dorosłymi, któzy często podnoszą ten wątek. Nie mogę odnosić się do tego jak czują się z tym faktem dzieci. Jakkolwiek wciąż mogę mieć swoje zdanie jako rodzic. Włączona kamera pokazuje nie tylko osobę siedzącą przed urządzeniem, ale też kawałek świata prywatnej przestrzeni, która ją otacza. Oczywiście część producentów rozwiązań sprzętowych i software'owych, dzięki którym możliwe jest prowadzenie zajęć w formie zdalnej, stara się uporać z tym problemem. Np. gigant z Redmond w swoim sztandarowym produkcie wprowadził tzw. blurowanie obrazu z kamery poza osobą użytkownika widzianego przez tę kamerę. Pytanie czy to wystarczające. Moim zdaniem nie bardzo, bo takie rozmycie tła za osobą nie ukrywa w istocie rzeczy w tej przestrzeni widzianej przez oko kamery a jedynie je rozmazuje. Według mnie, lepszym rozwiązaniem jest to, zaimplementowane w ulubionym przez Generację Z programie do spotkań online, z nazwą również na Z. Można wybrać w nim wirtualne tło - jedno ze standardowych zdjęć lub też któreś z tych, w których posiadaniu jesteśmy. O tym, że mogą to być bardzo nietuzinkowe i artystyczne zdjęcia, niech świadczy chociażby fakt, że najbardziej znana polska firma od komputerowych efektów specjalnych - Platigue Image, tworząca efekty chociażby do 'Wiedźmina', wygenerowała specjalne tapety właśnie do tej aplikacji. Korzystam z takich możlwiości, najczęściej będąc 'wywalonym w Kosmos', czyli używając zdjęć z przestrzeni naszego Wszechświata. I bardzo dobrze mi z tym.

Kolejnym aspektem edukacji zdalnej jest jakość i stabilność połączenia z Internetem. Mieszkając niemalże w samym centrum miasta, mam pod oknami światłowód, do którego nie mogę zostać przyłączony. Korzystam ze starej technologii, która jakkolwiek nie będąc limitowaną co do ilości przesyłanych danych, nie daje mi komfortu swobodnego korzystania z wysokich rozdzielczości oferowanych przez kanały wideo i nie pozwala na swobodne aktywności kilku użytkowników jednocześnie. O ile w prywatnych zastosowaniach to nie musi być problemem - dla synchronicznych zajęć edukacyjnych to akurat bardzo istotne. Co mają jednakże powiedzieć osoby, które nie mają tego komfortu stabilności łącza, również jego przepustowości i braku ograniczeń w przesyłanych danych? Co mają zrobić dzieciaki, które są uzależnione nie tylko od obiektywnych możliwości dostępu do internetu, determinowanych miejscem zamieszkania? Wszak większość Polaków nie mieszka w miastach... Skutkuje to brakiem lub ograniczeniami w infrastrukturze dającej szansę na włączenie się do cyfrowego świata. Co mają począć dzieciaki, które chciałyby być online a zależne są w tej kwestii od woli swoich rodziców, opiekunów?

Przypomnę, że większość telekomów i usługodawców świadczących dostęp do Internetu za pośrednictwem urządzeń mobilnych, zaoferowała swoim klientom zwiększone paczki danych do wykorzystania do połączenia z internetem. To wszystko jednak mało. Poza tym, mamy na mapie Polski wciąż sporo miejsc, w których nawet darmowy w takiej efemerycznej, temporalnej formie dostęp do Internetu nie może być wykorzystany.

Światełko w tunelu - aukcja na częstotliwości dla sieci 5G, nie dojdzie do skutku. Głosami polityków partii rządzącej, zmienione zostały przepisy, które wykluczyły możliwość jej przeprowadzenia. Sam zaś prezes UKE (Urzędu Komunikacji Elektronicznej), został odwołany. Może ze względów politycznych - kontrolował bowiem równocześnie rynek pocztowy, czyli także Pocztę Polską. A ta jakoby ma zostać wskazana jako operator dla wyborów prezydenckich. Może stało się tak za sprawą nieprawdziwych informacji wiążących technologię 5G z pojawieniem się i rozprzestrzenianiem wirusa Covid-19? Zupełnie jakby komuś pomyslił się fale radiowe z kropelkową drogą rozprzestrzeniania tego (i innych) wirusów. Może chodziło o pieniądze i władzę?

Nie wiem... Wiem natomiast, że tracimy na tym wszyscy. I to w momencie, w którym ograniczenia i bolączki związane z dostępem do Internetu i jakością korzystania z jego zasobów są widoczne, jak nigdy. Bo, o ile nie da się szybciej oglądać filmów w smartfonach, czy komputerach, o tyle stworzenie sieci działającej w tej technologii, usprawniłoby funkcjonowanie wszystkich tych atrakcyjnych dla nas - użytkowników końcowych - zasobów, funkcjonalności i narzędzi, niezbywalnych w dobie konieczności niemalże permanentnego z nich korzystania.

Powiedziałbym, że to byłoby tyle, jeżeli chodzi o - tfu, tfu: konstytucyjną powszechność edukacji zapośredniczonej w tym medium. Kłopot w tym, że mówimy o znaczącej liczbie dzieci wykluczonych - z punktu - z systemu edukacji w formie zdalnej. Nie tylko synchronicznej. A jedno wykluczone dziecko, to już porażka systemu. Trzeba być politykiem, żeby ogłaszać takie sytuacje jako ‚sukcesy edukacyjne’. A jakim jest się wówczas człowiekiem?

Problemów zapewne jest więcej. Są też one zapewne bardziej złożone, z wyraźnie większą liczbą determinant. Jednakże, doświadczenia tego czasu niosą w sobie także i potencjał zmian. Z powodu ukazywania mocnych i słabych stron rozwiązań technologicznych w ich różnych i licznych implementacjach. Również z tytułu obnażania sensu lub jego braku w odniesieniu do podejmowanych działań edukacyjnych. Z perspektywy szkoły i nauczycieli. Z perspektywy samych dzieci, uczestniczących w tak serwowanej edukacji. Dla wielu atrakcyjnej z tytułu korzystania z komputerów. Dla innych, o niższych cyfrowych kompetencjach - mega stresującej. Jest też wreszcie i perspektywa rodzica. Bo nie wiem, jak u Ciebie, ale w odniesieniu do naszych uczących się dzieci, poziom naszego rodzicielskiego zaangażowania w proces dydaktyczny zwiększył się. Całkowicie bez naszej zgody, chęci i potrzeby.

O tym jednak - już wkrótce...



{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}