Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Jasniej

Jaśniej

To nie jest tak, że cały ten lockdown jest jedną wielką padaczką. Bynajmniej, nie za sprawą niemiłościwie, a z pewnością niekonsekwentnie i mało wiarygodnie rządzących, a za sprawą dzieci. Z perspektywy czasu zauważam wiele zmian w nich samych i sposobie funkcjonowania w domu. Czas izolacji, okazał się per saldo całkiem pożytecznym doświadczeniem. Podkreślę raz jeszcze - nie ma w tym absolutnie żadnej zasługi polityków, szkoły, czy kogokolwiek z zewnątrz. Nie przypisuję również i sobie nienależnych zasług. Dzieciaki i tylko one, godząc pragnienia i potrzeby z możliwościami, wykształciły, pielęgnowały i wzmacniały różnego rodzaju kompetencje i umiejętności.

Najważniejsza z nich, to samodzielność. Zwielokrotnienie okazji do podejmowania wysiłków i prób, czasem przez sytuacyjne ich wymuszenie, sprawiło, że w połączeniu z naturalną potrzebą sprawczości, charakteryzującą dzieci, te stały się zwyczajnie sprawniejsze. Serce rośnie! Zwłaszcza, że głównie były to próby podejmowane samorzutnie przez dzieci w miarę pojawiania się potrzeb. Poza rodzicielską kontrolą - owszem, ale przez to i poza odium ewentualnych wtrętów, uwag i komentarzy. Tudzież innych kazań. Ot, pierwsza kanapka. I jeszcze jedna. I kolejna... O oporze materii materii świadczyły jedynie pozostawione artefakty - tu utytłany w maśle nóż, resztki dżemu na ściankach szafek i podłodze. I stół pełen okruchów. Ale też i satysfakcja pełną gębą. Jesteście głodni? Nie! No chyba, że masz coś słodkiego...

W zasadzie dziecięca aktywność w kuchni nie specjalnie różni się od obecności w laboratorium chemicznym. To nie tylko z powodu reakcji, w jakie można wprowadzić rozpuszczony tłuszcz, ze zmieszaną ze sparzonymi jajami mąką i dodatkiem proszku, które w teorii będąc substratami, w praktyce - po upieczeniu całości, dają smakowity produkt. Po prostu - dzieciaki uwielbiają robić doświadczenia i eksperymenty. Ten czas temu służy.

Kulinarne wyczyny, to czubek góry. Nie lodowej, bo mieszanie wszystkiego ze wszystkim niemalże - w niezliczonych, jak dla mnie samego iteracjach, kumuluje sterty zużytych, niedoużytych, napoczętych, ukończonych i porzuconych, zapomnianych i wprawiających w dumę. Cosi. Bo trudno czasem to jakoś po ludzku nazwać...

Przebojem czasu izolacji okazało się dla najmłodszych dziewczynek budowanie złożonych i o dziwo - zaawansowanych mechanicznie konstrukcji z klocków. Pod czujnym okiem Mistrza - starszego Brata, dziewczynki konstruowały części całości wspólnego klockowego świata. To w jakiejś mierze pokłosie faktu podobnych sprawczości Julka w minecraftowej rzeczywistości. Tam, rzecz oczywista - też jest Mistrzem. O tym, że to bynajmniej nie jest czas stracony przekonuje mnie fakt transferu tej cyfrowej aktywności i kompetencji zeń wywodzonej, do świata rzeczywistych sprawczości, w postaci zanurzenia wszystkich tych artefaktów, tworzonych przez dzieciaki w wyimaginowanym świecie, który nimi zapełniają. I tak zwykły statek staje się niezwykłym, posiadającym własną historię i bohaterów doświadczających unikalnych przygód w spotkaniu z innymi statkami, zawijając do kosmicznych baz, gdzieś w odmętach pościeli lub zanurzając się w niezbadanej waniennej toni, pełnej stworów równie dziwnych, co i pomysłowych.

Jest też i hit - Najmłodsze nauczyły się jeździć na rolkach! Serio! Od razu dopowiem, że nie na dworze - wszak obowiązywała nas izolacja. Wykorzystaliśmy remontowany strych do tego. Po uprzątnięciu rzeczy zbędnych i dodaniu niezbędnych - czyli mat do siedzenia, stylowego fotela i starego biurka, strych zamienił się w rolkową bawialnię. Jeździły najmłodsze, jeździł Julek i Majka, która ma niemały współudział w sukcesie sióstr. Tata dał ledwie asumpt i pomocną dłoń z początku. Maja przykład dobrych praktyk rolkowych, towarzystwo i muzyczne inspiracje. Dla porządku dodam, że tata też był widziany na rolkach. Raz. Krótko później okazało się, że te cudownym zbiegiem okoliczności znalazły się na nogach naszej nastolatki...

I, żeby nie było: jazda przodem i tyłem, na jednej nodze, z przysiadami, beczka i próby przekładanki. Jestem rozanielony szczęściem Zojki. Różnica wieku i sprawności z nim związanej sprawiła, że Gaja okazywała się zwykle jakoś tak największą gadułą na parkiecie. Swoją miarką, w swoim czasie. Ale do przodu!

O takich drobiazgach, jak artystyczne wyczyny nie ma co wspominać. Kleje wyszły. Pisaki wyszły. Kredek jakby mniej. Dobrze, że papier dało się wykorzystywać po wielokroć. Brokatu, spinaczy, gumek, ciastoliny i plasteliny - także brak...

Mi osobiście, najbardziej podobały się ‚kreacje muszelkowe’, z których powstawały naszyjniki, pierścienie i gustowne opaski. Na przykład ‚rogi’ w opasce Majki, przypominające Mojżeszowe ujęcia z Muzeum Watykańskiego. W związku z tym, kleju na gorąco też już nie ma. Ale satysfakcji mamy pełne szafki... Wiem, że przesadziłem. Ale nie z satysfakcją, a niedocenianiem apetytu młodych twórców. Chyba to właśnie tak jakoś jest, że prawdziwi artyści mniej wagi i uwagi przywiązują do dzieł ukończonych a więcej do tego co przed nimi. Tego, co kręci i nurtuje. Tego, co uwiera, dopominając się artystycznego uwolnienia.

I zrobiło się jakoś tak jaśniej :)



{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}