Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Pekajac w szwach

Pękając w szwach

Od zachwiania życiowej równowagi minął już jakiś czas. Sytuacja wymusza konieczność adaptacji, rezonując z tą wrodzoną, choć nierzadko całkowicie nieświadomą kompetencją człowieka.

Demony wyszły z szaf, szuflad i biurek. W domu zrobiło się ciasno i gęsto. Gęsto od tego wszystkiego, co związane z każdym z nas, a dotychczas utrzymywane w przestrzeniach pozadomowych - w potrzebach zużywania energii życiowej w różnorodnych interakcjach ze światem. Czas, przestrzeń, ilość i jakość interakcji międzyludzkich, otwarcie na nieprzewidziane, nagle ograniczone do przestrzeni domowej i jednocześnie rozciągnięte w czasie przebywania w niej, wyłoniły warstwy ‚nowego’; rzuciły nowe wyzwania, które z konieczności płynących z ograniczeń zintensyfikowały ich przejawienia, ale też i odczucia.

Naturalne rezerwuary rozpraszania energii, uwalniania uwagi od przywiązania do natrętnego ‚tu i teraz’, zanikają równie szybko jak naturalne zbiorniki wodne w naszym kraju. Podobnie jak doświadczamy już teraz suszy (w różnych jej formalnych kategoriach: suszy atmosferycznej, hydrologicznej i glebowej), tak prawdopodobnie nie jestem jedynym, który doświadcza braku przestrzeni, różnorodności, zmienności.

Wpierw, dla ciała i wartości zeń wywodzonych. Dla oczu, której mogą sięgać w dal, sycić się kolorami, kształtami. Dla mięśni, które mogą spalać energię, budując nie tylko zdrowie w planie fizycznym, ale też dając tym uwolnienie dla psyche.

Kiedy patrzymy w ekrany, potrafimy zobaczyć w prezentowanych treściach głębię przestrzeni. Ale to dzieje się tylko na poziomie interpretacji widzianych obrazów. Obrazy te z perspektywy naturalnego oprzyrządowania - anatomii i fizjologii działania zmysłu wzroku, są zawsze płaskie. W naturalnych warunkach, nasze oczy przeczesują przestrzeń w całym zakresie odległości - od rzeczy bliskich nam, do odległych. Właśnie dlatego odpoczywają i utrzymują stan największego potencjału. I niezależnie od tego, czy i jak bardzo zdajemy sobie z tego sprawę, tak to funkcjonuje. Izolacja w małych przestrzeniach, także ograniczenie różnorodności tego, co widzą nasze oczy, jest moim zdaniem swoistą formą deprywacji. Najwyższą zaś jej formą - długotrwałe patrzenie się w jakiś ekran.

Podobnie jest z tym, co odbieramy za pomocą zmysłu słuchu. Ja sam mam olbrzymią i świadomą potrzebę doświadczania naturalnych dźwięków i dźwięków natury. Odwołam się do metafory mapy i terytorium, którą Alfred Korzybski ujął w stwierdzeniu ‚mapa to nie jest terytorium’. Dla mnie samego odczucia audialne w ambiencie, czy też surroundzie - tym wszechogarniającym zanurzeniu się w naturze, ma się do dźwięków generowanych przez dowolne technologie podobnie jak terytorium do mapy właśnie. Terytorium zawiera wszystko, co możemy zauważyć i nazwać, jak również wszystko to czego nie zauważamy i nie uświadamiamy sobie, podczas gdy mapy zawierają dokładnie tyle, ile, i jak w nich opiszemy. Stąd na przykład widzę różnicę między izolacją w naturze i zamknięciem w domowych przestrzeniach. Między innymi dlatego tak mocno odczuwam brak możliwości wchodzenia do lasu, łażenia po łąkach - bycia w kontakcie z naturą na różne sposoby. I nie wierzę, że możemy bardzo się różnić w tych kwestiach. Skłaniam się ku stwierdzeniu, że brak potrzeby bycia w kontakcie z naturą jest przejawem upośledzenia człowieka. Chociaż, z drugiej strony - przyjmując, że ewolucja działa nieustająco, może właśnie widzimy wyłonienie się nowego gatunku - człowieka miejskiego - homo urbs (przepraszam za moje braki w wykształceniu w zakresie łaciny).

Piętrowa struktura tworząca człowieka, przechodzenia od materii nieożywionej, przez fizjologię komórek, współdziałanie narządów i układów i, ostatecznie, całego organizmu, współbrzmi z naszą psychiką. Ukorzenia ją, tworzy potencjały i w którymś momencie ogranicza możliwości. Nasza zdolność konsumpcji świata - postrzegana z perspektywy umysłu, jest ograniczona zdolnością, recepcji i przepływu danych w fizycznych strukturach ciała podtrzymujacego to złudzenie (Maya) dla jednych, dla innych nieśmiertelny komponent człowieka. Mam tu na myśli koncept przedchrześcijańsko-religijny, jakkolwiek przejęty i eksploatowany chętnie. Niezależnie od przyjętej perspektywy i systemu wartości, wszystkie procesy naszego umysłu opierają się o ten komponent materialistyczny. Od jakości relacji między psyche a soma, w dużej mierze zależy jakość, a pewnie i komfort naszego istnienia. Oczywiście w całym spektrum, którego środek czyni to, co przyjęliśmy określać miarą ‚normy’, a skrajności kojarzyć z nadużyciami, bądź niedoużyciem, generalnie: poza-normalnością. Moja potrzeba filozofowania pcha mnie tu do eksploracji wątków wyrażanych we współistniejących w nieustannym połączeniu koncepcjach ‚ciała w umyśle’ i ‚umysłu w ciele’.

Ponieważ to jednakże zupełnie ‚inna bajka’ - którą kiedyś może przybliżę na blogu, ograniczę się do wskazania czysto przykładowych podejść do konstrukcji, czy też kreacji siebie - w przestrzeni od anoreksji do bigoreksji. To oczywiście olbrzymie uproszczenie sprawy. Dość wspomnieć historię człowieka, którego fizyczne i psychiczne defekty, legły u podstaw tego, co dzisiaj przejawia się powszechną tendencją do rugowania ciała i tego, co cielesne w ogólności i nienawiścią do kobiet w szczególności. W zinstytucjonalizowanej formie, w postaci związku religijnego, ale też replikacji tego fenomenu (rozumianego jako wymysłu ludzkiego), w odróżnieniu od rzeczy i zjawisk istniejących samymi w sobie (czyli noumenów), czyli w postaci memu - kulturowego odpowiednika biologicznego genu, jakim jest religia.

Chcę powiedzieć, że dla mnie samego, wolność umysłu ma związek z doświadczaniem ‚wolności’ w cielesności doświadczeń - zmienności, odmienności, bogactwie i różnorodności. Dlatego, jedną z form karania jednostek jest ich fizyczna izolacja i doświadczenie ograniczeń z niej płynące. To każe mi stawiać pytania - ile ‚wolności od’ a ile ‚wolności do’? Czym jest i gdzie znajduje się równowaga? Bo może nie istnieje Arystotelesowski ‚złoty środek’, jako punkt, a jedynie spektrum międzybiegunowej oscylacji.

Wracając do naszych domowych doświadczeń... Najpierw zaobserwowałem tąpnięcie. Nagle i skokowe, jakkolwiek nie będące zaskoczeniem płynącym z niewiedzy, czy braku wyobraźni konsekwencji tego stanu, a li tylko i aż, z przeżywania izolacji od przyrody i niezapośredniczanych w technologii interakcji międzyludzkich - tego dotychczas tak naturalnego dla nas doświadczenia codzienności. Emocje, stały się nad wyraz mocne, przejmujące wręcz. Nie znajdując innego ujścia, stały się boleśniej odczuwalne pośród nas. W czasie tych kilku tygodni, udało się nam wypracować, czy też wynegocjonować konsensus psychiczno-fizyczny wspólnego bycia. Jakkolwiek czasami - iskrzyło, że aż!

Pamiętasz, jak pisałem o naszych świętach? O radości bycia razem? Tu niejako nic i wszystko się zmieniło. To za sprawą zamiany niegdysiejszych możliwości, na aktualne konieczności. Doświadczam, ale też przyglądam się doświadczaniu teraźniejszości, w której zostaliśmy pozbawieni możliwości tak oczywistych i trywialnych, że wcześniej nie dostrzeganych, niedowartościowanych niejako z perspektywy uwięzienia, niczym Kochanowskie zdrowie.

Nie żyjemy, tak jak chcemy a tak jak potrafimy. Teraz jest już znacznie lepiej. Jeszcze trochę się poprzyglądam i ‚podoświadczam’ (nie mogłem się oprzeć, żeby tak powiedzieć) i podsumuję co straciliśmy i tracimy, a co zyskaliśmy i jeszcze możemy zyskać na tej zmianie świata. Bo to przecież już chyba oczywiste, że ten który znaliśmy - już minął, a przed nami nowy. Pytanie tylko, parafrazując Huxley’a: czy rzeczywiście wspaniały?

Obiecałem sobie, że jeśli dojdzie do lockdown’u, to wreszcie będę miał możliwość nadrobić również i blogowe zaległości. Jak widać myślenie nie zawsze jest moją mocną stroną. Jeśli jest nią kiedykolwiek...



{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}