Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Krotkowzrocznosc

Krótkowzroczność

Nikt nie jest doskonały, jak mówią. Ja przykładowo, noszę okulary. Jestem dalekowidzem. A marzy mi się patrzenie na świat bez zniekształceń. Każde szkło powoduje jakieś zniekształcenie - jest jakiegoś rodzaju filtrem. Ale to nie jest wyłącznie cecha szkieł. Dotyczy to np. także wykształcenia. Zwłaszcza to kierunkowe, specjalistyczne, buduje sposób naszego patrzenia na świat, możliwości odczytywania go. Równie silnym filtrem rzeczywistości są nasze doświadczenia. Autopsja, która każe nie ufać drugiemu człowiekowi zbyt nadto. Zbyt szybko i zbyt mocno.

Ja sam do tego dodałbym jeszcze jeden element - patrzącego przez te filtry - szkła, wykształcenie, doświadczenia. Bo patrzący nie musi przyjmować za prawdę, obrazu który widzi przez filtry, których używa. Oczywiście jest to możliwe jedynie w sytuacji, w której jest świadomie patrzącym. Także świadomie korzystającym z filtrów.

Patrząc przez przysłowiowe ‚różowe okulary’ świat może wydawać się. Ale z pewnością nie jest ‚różowym’, w czymkolwiek miałoby się to przejawiać. Podobnie z wykształceniem. W zasadzie buduje ono naszą przestrzeń pojęciową w odniesieniu do świata i zjawisk w nim zachodzących. Dla niedojrzałych umysłów piorun jest czymś magicznym, przerażającym. Dla wiedzącego - wykształconego, jest wyładowaniem atmosferycznym. I choć wiedza w tym przypadku nie ujmuje piorunom potęgi, często niszczycielskiej, dla większości ludzi dojrzałych są one mało znaczącym elementem ludzkiego świata. O tym, że to patrzący interpretuje obraz rzeczywistości mówiłem/pisałem także we wpisie ‚Panna kot’. Chociaż w zasadzie były to bardziej przykłady tego, jak mimo wykształcenia nakierowanego na człowieka, ideologie sprawiają, że można gardzić drugim, bliźnim.

Zapytasz, dlaczego tyle o tym dzisiaj? Dlatego, że dotarła do mnie ‚oczywista oczywistość’, że to nie wykształcenie, nie ideologie, nie szkła i wszystkie inne filtry, których używamy w codzienności świadczą o naszym człowieczeństwie. Bezwzględnie wpływają one na nasze decyzje, wybory i zdanie w odniesieniu do wszystkiego. Ale, to nasze czyny świadczą o nas. I to, co kieruje naszymi działaniami, w swoistym meta-planie.

Zdarzyło się tak, że byłem na warsztatach dla rodziców. Nie pierwszych i nie ostatnich. W tym roku, to już moje trzecie. Poprzednie prowadziłem samemu... W każdym razie, spotkałem tam jednego z Rodziców dziecka z przedszkola naszych najmłodszych dziewczynek. Dokładnie tego przedszkola, o którym tyle mówię i piszę. Na początku spotkania przedstawialiśmy się. Jakoś tak wyszło, że powiedziałem o sobie, odwołując się do myśli wygłoszonej przez Mariana Turskiego w czasie obchodów uroczystości 75-lecia wyzwolenia Auschwitz. Tej, o potrzebie bycia nieobojętnym. Wspomniałem też o Oldze Tokarczuk i jej ‚czułym narratorze’. Powiedziałem, że jestem zaangażowany w kwestie okołowychowawcze oraz, że mam obniżony próg czułości, czyli wysoki poziom nieobojętności w kwestiach społecznych. Potem były zajęcia. Merytoryczne, chociaż w jednym aspekcie zaskakujące - może opowiem o tym na blogu przy innej okazji. Po zakończeniu zajęć, w krótkiej rozmowie, zeszło jakoś tak na przedszkole naszych dzieci. Usłyszałem, że Rodzice kolegi naszych dziewczynek są bardzo zadowoleni z przedszkola. Bo ich syn dobrze się nim czuje, jest taki bezproblemowy. Pomyślałem, że z naszymi dziewczynkami jest podobnie. I zacząłem zastanawiać się, skąd biorą się tak odmienne zdania w odniesieniu do rzeczonego przedszkola, a w zasadzie do wybranych kwestii z nim związanych.

Mam na myśli nie blogerskie interpretacje a fakty, które stanowiły przyczynki do podejmowania konkretnych tematów. O patologiach dotykających Radę Rodziców, we wpisie ‚Dziobanie’; o swoistym rytuale, skutkującym w moim mniemaniu upokarzaniem dzieci w czasie publicznych występów, we wpisie ‚Nie kumam’; o przebodźcowywaniu dzieci i pobudzaniu ich - często cukrem, we wpisie ‚Przedszkolny speed’. Albo o próbie wprowadzenia do przedszkola systemu kar i nagród, ze Skinnerowskim rodowodem behawiorystycznego podejścia do człowieka, o którym pisałem w ‚Delikatnym wzmocnieniu negatywnym’. I innych wpisach - znajdziesz je na blogu. Jeśli zechcesz poszukać...

Niezależnie od interpretacji, wszystkie wskazywane i wzmiankowane, dotyczą spraw nie podejmowanych na rodzicielskich forach zebrań grupowych, czy też spotkaniach Rady Rodziców. Albo tak źle przyjmowanych, że rugowanych z przestrzeni dyskusji, czy refleksji. Przez rodziców z różnym wykształceniem. Nierzadko bardzo wysokim i bardzo specjalistycznym. Często w przestrzeniach związanych z człowiekiem - w zakresie psychologii, pedagogiki.

Patrzymy na ten sam świat, a widzimy czasami zupełnie coś innego.

To właśnie był ten moment mojego olśnienia. Zrozumienia takiego stanu rzeczy. Dość często przywołuję na blogu typologię stworzoną przez Lawrence’a Kohlberga zajmującego się badaniem rozwoju moralnego człowieka (prezentowaną np. w ‚The Meaning and Measurement of Moral Development’). W wielkim skrócie mówi ona o możliwości przechodzenia od egocentryzmu, przez etnocentryzm do światocentryzmu. O starcie w punkcie ‚ja i moja rodzina’ i możliwości dostrzeżenia i objęcia w swym światopoglądzie innych ludzi - ‚ja, moja rodzina, ale i moje plemię’, aż do potencjalnego objęcia wszystkich ludzi: ‚ja - człowiek, drugi inny, wszyscy ludzie’.

Zapatrzeni w siebie i swoich najbliższych, najczęściej nie zauważamy innych. Ich potrzeb i spraw. Bo te nas samych nie dotyczą. Współcześnie funkcjonuje pojęcie atomizacji życia społecznego. Często jest tak, że nasza zdolność ‚objęcia’ dotyczy nas samych i naszej rodziny. Często nie znamy się z sąsiadami. Nie chcemy się znać. Nie chcemy wchodzić w interakcje. Trzymamy, niczym karty przy orderach, swoje sprawy przy sobie i nie chcemy ocierać się i nurzać w sprawach innych. Oczywiście nie wszyscy. Sama/sam rozstrzygnij jak to jest z Tobą i wokół Ciebie. Zgodnie z moją maksymą ‚ufaj, ale nie wierz’ - zrób to. Sprawdź!

Wracając do historii, usłyszałem właśnie to, że skoro mojemu dziecku jest dobrze, to z pewnością wszystko jest dobrze. Musi tak być...

Nie mam pojęcia skąd wzięło się to, że wypaliłem z Tokarczuk i Turskim na początku tego konkretnego spotkania. Nie mogłem wiedzieć wcześniej, jak się ono potoczy. A jednak wyszło tak, że dotarłem do miejsca wyznaczania punktu nieobojętności, do momentu, w którym nieobojętność i ‚czułość’ stają się nader istotnymi elementami naszego życia w społeczeństwie.

Co ciekawe, po drodze - jak to się mówi, w odniesieniu do mojej reaktywności na takie sytuacje wykraczania poza normę, mówiliśmy także w czasie zajęć. Konkretnie chodziło o zwracanie uwagi osobom przechodzącym poza przejściami dla pieszych. Usłyszałem znamienne zdanie, że ‚nie mogę zbawić całego świata’. Tezę tę zbijałem - jak mi się zdaje bez szczególnego powodzenia, stwierdzeniem, że takie działanie nie jest zbawianiem świata, bo zawsze jestem ja i ta druga osoba, której zwracam uwagę. Oczywiście w tym moim zadufaniu w słuszność takiego działania, opartą o doświadczeniach udzielania pomocy potrąconym na przejściach dla pieszych, czy będąc świadkiem sytuacji, w której dziecko weszło za przechodzącym przed nim na czerwonym świetle dorosłym i cudem tylko zostało wciągnięte z powrotem na chodnik sprzed nadjeżdżającego auta, przez przytomnego rodzica. Rodzica, który chwilę wcześniej tłumaczył temu dziecku zasady przechodzenia przez jezdnie, czego byłem świadkiem. Nie ‚rzucam się’ na ludzi. Reaguję na sytuacje, których doświadczam; na zachowanie bliźniego, którego bezpośrednio spotykam.

Nie mam pretensji do rodziców wpatrzonych we własne dzieci. Rozumiem, że jesteśmy różni, że każdy człowiek we własnym tempie realizuje siebie w różnych liniach rozwojowych. Dla mnie samego, obniżanie punktu nieobojętności - za Marianem Turskim, czy bardziej pozytywnie: podnoszenie progu czułości, jest naturalne. Co nie znaczy, że jestem lepszy, a zwyczajnie inny.

Zastanawiałem się, co należałoby robić, aby tę czułość na innych, tę nieobojętność pielęgnować i rozwijać. Wykształcenie w takich kwestiach społecznych może jest i niezbędne, ale z pewnością niewystarczające.

Myślę, że opisana sytuacja braku rekacji na sprawy, które dotyczą nie tylko mojego dziecka, jest znamiennym przykładem krótkowzroczności. Zastanów się, do czego podejście takie może prowadzić. I rób wszystko, co możesz, aby to zmienić.

I pamiętaj, że na różnych poziomach rozwoju naszego człowieczeństwa, wykorzystując cały potencjał intelektualny oraz wykształcenie, usłyszysz racjonalne argumenty danego poziomu. Na przykład, że ‚nie możesz zbawić całego świata’. Zapewne i wiele innych.

Nie wiem, co z tym zrobisz. Wiem tyle, że nie możesz powiedzieć, że nie wiedziałaś, nie myślałeś o tym w ten sposób. Zareagujesz jednak na poziomie swojej świadomości, która przekłada się na czułość wobec innych i ich spraw.

I wiesz co? Myślę, że jesteś pięknym człowiekiem!


{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}