Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

W-tango

W tango

Poszedłem w tango. Było super! I, ponieważ polubiliśmy się - zamierzam to powtarzać. Systematycznie, jeśli się uda.

Było z tego tytułu sporo emocji. Takich nie dość przyjemnych. Nie żebym się bał. Ci, co mają wiedzieć, że muzyka lub nawet jej brak w tańcu mi nie przeszkadzają - dobrze już o tym wiedzą.

Wspominałem już na blogu, że w tańcu dążę do stanu w którym doświadczam jedności. Nie ma w nim tańczącego, tańca i tańczenia. To niedualny stan, który sam określam jako 'tańczy mi się'. Wiem, że to mocno niedoskonały opis. Może jednak znasz ten stan - zatracenia się w jakiejś aktywności, by odnaleźć siebie, rozpuszczonego niejako w tym działaniu, w taki sposób. W każdym razie - życzę tego wszystkim. Warto się starać. Czasem warto… odpuszczać :)

O moich preferencjach, co do tańca, również już wspominałem. Pamiętam z młodości, że każdy szanujący się licealista w tamtym czasie, uczestniczył - najczęściej wielokrotnie, czyli przy każdej okazji, z organizowanych w naszej szkole kursów tańca towarzyskiego. Nasza sala do zajęć pękała w szwach. Mam porównanie, bo w tej samej - 'starej’ już dzisiaj sali gimnastycznej prowadzone były zajęcia w ramach zrealizowanego przez moje Koleżanki z Teatru Tańca Akro projektu - Sfera Ruchu.

Ciekawość zawiodła mnie na zajęcia tańców ludowych. Polskich, ale też greckich i francuskich. Brałem prywatne lekcje tańca towarzyskiego z tancerką klasy mistrzowskiej. Tańczyłem w Polsce i za granicą. Jeździłem na różne warsztaty. Szukałem. Żeby nie było, że sobie wyłącznie dodaję, wspomnę choćby o tym, że poległem na zajęciach prowadzonych w technice Marthy Graham. Ale plakat z nią, stworzony w kampanii Think Different, wciąż mi się marzy…

Wszystkie moje doświadczenia prowadziły mnie do konstatacji, że taniec towarzyski jest nie dla mnie. Że nudzi mnie. Z pewnością nie porywa, nie daje spełnienia.

A tango? No cóż... Tongo jest... inne. Obawiałem się, że trzeba będzie liczyć kroki, takty… Okazało się, że nie. Mogę tańczyć tak, jak czuję muzykę. Obawiałem się także 'płaskości' samego tańca. Tango rzeczywiście jest bardzo linearne jeśli chodzi o poziom - nic tu się generalnie nie zmienia. Nie ma podporów czy wznosów, ani zawieszeń. Odkryłem jednak przyjemność eksplorowania tej przestrzeni. Potrafię się w niej odnaleźć. Może to kwestia dojrzałości związanej z wiekiem? Albo, pół-wiekiem...

Lubię przyglądać się ludziom w ruchu. Zwłaszcza tańczącym. Moim prywatnym i osobistym miernikiem jakości ruchu, jest jego dostrzegalne piękno. Naturalna gracja poruszających się osób. W przypadku tańca dochodzą jeszcze elementy piękna odzwierciedlanego przez tańczące pary. Nie chodzi mi o samą poprawność techniczną ruchu i jego zgrania, ale właśnie piękno. Ja wiem, że piękno leży w oku patrzącego (dziękujemy ci Immanuelu!). Ale jakoś tak jest, że w przypadku tanga przynajmniej, spotykam wielu podobnych sobie - zachwycających się pięknem tańca, tancerzy i tańczenia w trakcie obserwacji podczas milong, jak dzisiaj nazywa się spotkania, w czasie których tańczy się tango. Tango z pewnością ma tę cechę, że w jego trakcie znikają niedoskonałości ciał i osób tańczących je - w czasie doświadczania tanga, zostaje tylko piękno, w subtelnym migotaniu znaczeń.

Takie współuczestniczenie w tańcu wykonywanego przez innych, może mieć jeszcze jeden pozaestetyczny cel - edukacyjny. Uczymy się również - lub inaczej - możemy uczyć się i w ten sposób, czyli przez przyglądanie się, przez doświadczenia innych, z których sami możemy wedle potrzeb, uznania i możliwości korzystać.

Tango jest specyficzne. Jego ramy - wszak zawsze są jakieś ramy - sprawiają, że osoby, które zostają w tango na dłużej, są raczej dojrzałe wiekiem. Może to kwestia dynamiki, tak innej od zainteresowań współczesnej młodzieży. Rzadko widuję w tango nastolatków. Zdarzają się dwudziestokilkulatkowie. Nie chcę powiedzieć, że w tango odnajdują się wyłącznie osoby z 'grupy geriatrycznej'. Tango jest wysmakowane. Jest wyrafinowane. Jest też wymagające, choć jednocześnie dające mnóstwo przyjemności w ciele i intelektualnej satysfakcji.

Jest też tango bardzo towarzyskie. Generalnie rzecz biorąc, taniec jest jedną - jeśli nie jedyną akceptowaną społecznie sytuacją, w której dopuszczamy do swojej sfery intymnej obce osoby. Tango tańczy się w objęciu. W bliskości. Do tego trzeba chyba właśnie największej dojrzałości - aby móc je w tańcu oferować i przyjmować. Dotyczy to obojga partnerów. To ostatnie sformułowanie przypomina mi, że można je traktować literalne: partnerów jednej płci. Tango tańczone było między innymi o wiezieniach, a te rzadko bywają koedukacyjne… Zdarza się jednak często, że w czasie ćwiczeń można zobaczyć tańczące razem panie. Ta swoista nadreprezentacja kobiet, jest charakterystyczna generalnie dla wszystkich odmian tańca. Aż dziw bierze, że nie wykorzystują tego faktu mężczyźni. To zapewne kwestia dojrzałości… :)

I tu dochodzę do niezwykle istotnego dla mnie samego aspektu. Tango, jak wspomniałem, jest towarzyskie. Fajne jest w nim to, że zmienia się partnerów i partnerki. Nie po każdym utworze. Tango tańczy się w blokach, zawierających zwykle trzy do pięciu utworów. Po każdym takim bloku, secie, następuje chwila przerwy, w której dokonuje się zmian. Fajnie jest poznawać innych ludzi przez tango. To o tyle ciekawe, że podczas tego tańca nie rozmawia się... A jednak społeczności osób tańczących tango mają się dobrze. Podobno w każdym mieście na świecie organizowane są milongi. W moim mieście tak właśnie jest.

Dla mnie tango ma i tę wartość, że doświadczam go razem z Ukochaną. To nasze 'razem' jest szczególne. Uwikłani w codzienność, w pracę i obowiązki domowe, w dzieci i ich emocje przede wszystkim, żyjemy bardzo blisko siebie, ale niejako 'obok'. Tango jest dla mnie właśnie czasem naszego 'razem'. Ciężko jest nam znaleźć czas na bycie razem bez dzieci. Tego nie daje wspólne pływanie, czy praktyka jogi. Tych można doświadczać wyłącznie osobno, jakkolwiek równolegle. Tango pozwala być naprawdę razem. Blisko i w łączności. W dynamice ruchu. W niemym i intymnym dialogu w czasie tańca.

Mówię o tym dlatego, że to ważne dla nas - życiowych partnerów, przyjaciół i kochanków. Dzieci absorbują znacząco nasz czas, siły i energię. Ale też rosną tak szybko. A my zostaniemy. Razem. Na dobre, bo świadomie dbamy o to nasze dobro. Również i w ten sposób. Bez takich intencjonalnych starań i spełnień, może okazać się, że po 'wylocie piskląt z rodzinnego gniazda’ ludzie odkrywają siebie mocno odległymi, niemalże obcymi sobie. A wtedy co? Jeszcze więcej innych obowiązków? Może, nie nowe obowiązki a nowy partner/partnerka? To wcale nie takie rzadkie. Ale nie dla mnie!

O jakość związku trzeba się starać. Nie raz i nie dwa, ale wielokrotnie i na różne sposoby. Nie żałuję ani czasu, ani energii na bycie z Ukochaną. Nie ważne jak, czy gdzie. Ważne jest 'razem'. Prawdziwie i głęboko. Z całym tym entourage’m zachwytu i ciekawości siebie nawzajem. Również miłosnych uniesień. Wszystkiego, co sprawiło, że zaistniało nasze 'razem'.

I wspominając dreszczem pytanie Gomeza skierowane do Morticii: Zatańczysz ze mną? (jakkolwiek w nieco innym znaczeniu, mówiłem o tym we wpisie o wyjeździe na spektakl “Rodzina Addamsów” do Teatru Muzycznego Syrena) - cieszę się, że w naszym przypadku to znowu. I że to dosłownie 'dzisiaj', gdy tworzę ten wpis…

Idziemy w tango!


{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}