Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Zaebranie

Za(e)branie

Długie i pełne słońca dni letnie to już wspomnienie. Teraźniejszością jest mozół codzienności. Szkolnej. Bo szkoła, mimo iż uczęszczają do niej dzieci, angażuje również rodziców, wpływa na naszą domową codzienność.

Poszliśmy z Ukochaną na zebranie do szkoły. Razem. Po to, by móc równolegle i równocześnie dowiedzieć się jak najwięcej. Ja trafiłem do przedmiotowego specjalisty, Ukochana do wychowawcy. Poprosiłem o informację o naszym Dziecku. Nauczycielka pokazała mi wytwory jego pracy i powiedziała rzeczy, które mnie zadziwiły. I zatrwożyły.

Mówiła o tym, że klasa jest „taka dziecinna”, że jest głośna i tak bardzo aktywna, że dużo czasu zajmuje jej zachęcenie uczniów do włączenia się w lekcję i utrzymanie uwagi w czasie jej trwania. W związku z tym, cytuję ponownie - pani „musiała podnieść wymagania”.

Pytanie? I owszem, ale nie ‚kto uczy moje dziecko?’. Tylko, czy ktoś w ogóle uczy moje dziecko? Nauczyciel winien nauczać. Kim staje się przerzucając naukę na ucznia, egzekwując jedynie wymagania? Egzekutorem?

Usłyszałem, że Nauczycielka ma pretensje, że dzieci są dziećmi... Czy było to samporzyznanie się do tego, że nie potrafi sobie z nimi poradzić, zapanować nad ich uwagą i aktywnością przez różnorodność i atrakcyjność formy swoich lekcji? Dowiedziałem się, że jedynym wyjściem, w sytuacji nieradzenia sobie - z grupą, samą sobą (niepotrzebne skreślić), to... podnoszenie wymagań.

Czego nie usłyszałem? Nie usłyszałem, aby Nauczycielka zająknęła się o tym, że dzieci uczy; że angażuje je do działania. Dostrzega uczniowskie starania i aktywności; że ciągnie ich w górę, dodaje skrzydeł.

To jest taka ‚kultura braku’. Wytyka się nam niedociągnięcia. Szuka dziury w całym. Podkreśla wszelkie możliwe braki. W miejsce budowania własnej wartości (także samooceny) na bazie osiągnięć, pokonywaniu kolejnych etapów, przełamywaniu słabości. Zamiast systemu oceny rozwijanych kompetencji i wartości, wymagająca i jednocześnie nieucząca szkoła, stosuje odwrócony system oceny - niedociągnięć, braków.

W taki sposób zabiera się ochotę do starania się o cokolwiek, bo wszystko i tak okazuje się bez większego znaczenia. Zabiera się dzieciom prawo do bycia dziećmi - przeżywania świata zgodnie z naturalnym wyposażeniem energii i przeważających procesów pobudzenia w organizmie. I wciąż nie dość rozwiniętej emocjonalności. Niwecząc motywację i zajmując czas, zabiera się najpierw ochotę, a póżniej i możliwości własnych poszukiwań i eksploracji - przygważdżając ilością obowiązkowych zadań, do wykonania nie na lekcji, a w tak zwanym „czasie wolnym”. Zadań, do rozliczenia według wymagań dorosłych. Zauważających niedoskonałości pisowni, ortografii, błędy w operacjach matematycznych... I jednocześnie nie dostrzegających w procesie edukacyjnym człowieka. Nie reagujących na dostrzegane braki i niedociągnięcia - tylko egzekwujących - bez znaczenia, czy z satysfakcją, czy bez, realizację założonych celów dydaktycznych.

Uczeń wie... Uczeń rozumie... Uczeń potrafi... Za tymi pozycjami w szkolnych programach nie kryją się ludzie działający z pasją, poznający różnymi sposobami świat i uczący się na błędach. Osiągający sukcesy. Wymienione, to raczej widmowe postaci szkolnych dzienników i ministerialnych statystyk. Mickiewiczowskie „bez serc, bez ducha, - to szkieletów ludy!”.

Wcześniejsze trzy lata nauki szkolnej, były dla naszego Dziecka, i z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością dla wszystkich dzieci z tej klasy - szkolnym rajem. To za sprawą Wychowawczyni, która była nie tylko sprawnym fachowcem, w szkolnej i rodzicielskiej ocenie, ale - przede wszystkim - autorytetem dla samych dzieci.

Przejście do klasy czwartej zawsze jest szokiem. Ale czy musi oznaczać to symboliczne wygnanie z raju edukacji włączającej, angażującej dziecko, pozwalającej osiągać sukcesy i satysfakcję na rzecz przystawiania do ‚przymiaru szkolnych oczekiwań wobec dziecka’? Nowa Wychowawczyni również mówi o klasie dobre rzeczy - dostrzega potencjał poszczególnych dzieci, docenia zaangażowanie pełne rzutkości i zdolności do samoorganizowania się sprawiające, że z tą klasą, chce się wychodzić poza szkolne mury na edukacyjne przygody. Problem pojawia się w innych obszarach. Nie dotyczy wszystkich przedmiotów, ale każdy jeden taki przypadek - jest widoczny. I ważny.

Czy problemy matematyczne dziecka znikną po obciążeniu go koniecznością rozwiązania dodatkowych ‚x’ zadań? Czy dziecku popełniającemu błędy ortograficzne pomoże pisanie - w poczuciu bycia ukaranym, w czasie dodatkowych i ‚dobrowolnych’ zajęć organizowanych przez nauczyciela? Być może chodzi o detale, bo samo pisanie, czy rozwiązywanie zadań nie jest złe i może rozwijać sprawności dziecka. Tyle, że łatwiej jest rozwiązywać zadania wiedząc jak to robić. W procesie dydaktycznym, mądry nauczyciel przykłada nie swoją miarę rozumienia, a miarę dziecka. Oznacza to, że widząc jego problemy - lub też nie dostrzegając sukcesów, winien zastanowić się, gdzie pojawia się problem i w jaki sposób można rozwiązać daną sytuację. Podobnie z pisaniem, które nie musi być celem samym w sobie, a skutkiem zaangażowania dziecka do realizacji zadania, w którym pisanie stanowi ledwie - jakkolwiek istotną - jego część. Oczywiście po rozpoznaniu natury pojawiania się przykładowych błędów ortograficznych, czy niedoskonałości w kaligrafii.

Do tego jednak potrzeba nauczyciela - z autorytetem. Nie egzekutora, zabierającego nie tylko radość uczenia się, ale też sens tych aktywności podejmowanych w związku ze szkołą i poza nią. Może nawet bardziej poza. Bo szkolna edukacja kiedyś się kończy a zdolności do uczenia się zachowujemy przez całe życie. Może warto zatem starać się - szkole zwłaszcza, aby nie osłabiać, a wzmacniać takie kompetencje? Oto jest wyzwanie!

W odniesieniu do ‚zabierania’ i kronikarskiego obowiązku niejako, dodam, że w mijającym tygodniu, w przedszkolu naszych dziewczynek ćwiczona była ewakuacja, w związku z czym dzieci zostały zabrane na dwór... w kapciach i bez kurtek. My - w rewanżu zabraliśmy dzieci do lekarza...

Wiem - mogłem nie mówić o tym. Tyle, że przedszkole obwieszone jest informacjami o nieprzeprowadzaniu podziębionych dzieci, i często w takich sytuacjach interweniuje sama pani Dyrektor.

Zabrałem głos w sprawie, bo dzieci tego nie zrobią.
Wiem też, że zabrałem trochę Twojego czasu.
Co zrobisz, aby ten nie był straconym?


{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}