Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Dziobanie

Dziobanie

A było to tak: bociana dziobał szpak. A potem była zmiana i szpak dziobał bociana. A potem jeszcze trzy zmiany. Ile razy Szpak był dziobany?

Pytam serio! Od tego, jakiej udzielisz odpowiedzi, prawdopodobnie zależy także Twoja odporność lub podatność na przemoc symboliczną, wciskanie 'kitu’, czy też ogólnie rzecz biorąc - rozumienie tego, co się dzieje wokół, i co to w istocie oznacza. Powiedziałem ‚podatność na manipulacje’?

I tylko spokojnie - odpowiadasz wyłącznie sobie. A prawdziwość, czy też słuszność przyjętego przeze mnie założenia sprawdzisz przemyśliwując samodzielnie wybrane przeze mnie przykłady. Jeśli zechcesz... Również ocena tego będzie należeć do Ciebie - czyż to nie wspaniałe?

Ready-Steady-Go! Prawidłowa odpowiedź na pytanie ‚ile razy szpak był dziobany?' brzmi... wcale. Ha! Cała zagadka oparta jest o manipulację w postaci inwersji szyku zdania mówiącego o dziobaniu, a nie zamiany ról w samym akcie dziobania. Jeśli Twoja odpowiedź była inna, nie wierz mi na słowo, ale sprawdź. Ja sam korzystam często z metody pokazu, bo takie obrazowanie zwykle jest przekonujące.

Prosty zabieg językowy zastosowany w tym przykładzie sprawia, że nawet osoby przygotowane na jakiś ‚haczyk', często nie są w stanie udzielić prawidłowej odpowiedzi na pytanie.

A co jeśli powiem/napiszę, że w całym tym słownym zamieszaniu, chodzi o zrobienie 'ktosia' - w tym przypadku Ciebie, w przysłowiowego 'konia'? Obrazisz się?

To zanim znikniesz - przestaniesz czytać/słuchać dalej dopowiem, że w życiu zatrważająca często ostatnio, zauważam podobne tej sytuacje. Takie, w których pod czarownymi lub mglistymi wypowiedziami i działaniami, ktoś chce ukryć coś, ugrać coś dla siebie...

To zapewne jest ten moment, w którym oczekujesz przykładów na poparcie mojej tezy. Ok.

Zacznę lajtowo. Ot, przedszkole. Państwowe. A w nim dyrektor, który ‚zaprasza’ do siebie rodziców na rozmowę w odniesieniu do spraw rodzicielskich składek. Tych obwarowanych prawem, jako dobrowolnych. Tych nie wnoszonych do przedszkolnej kasy. A potem tłumaczy się, że to rodzice przychodzą do niego sami, że dyrektor jest zawsze na miejscu...

Widzisz problem? Są nawet dwa... Pomijając nieprawdę w tym opisywanym przypadku, o którym wiem - rodzic, wbrew zapewnieniom dyrektora nie przyszedł sam, a otrzymał ‚zaproszenie’. Dyrektor powinien wiedzieć, że nie może reprezentować Rady Rodziców. Pomijam fakt, że nie otrzymał od Rady takiej legitymacji. Rodzice z Rady powinni wszelkie sprawy dotyczące funkcjonowania w ramach takiej przedszkolnej wspólnoty, załatwiać między sobą. Źle to świadczy o rodzicach nie dostrzegających asymetrii w takiej relacji rodzic-funkcjonariusz państwowy. Dyrektor jest urzędnikiem o określonych kompetencjach i obowiązkach. Wskazany przykład aktywności wykracza poza jego prerogatywy. Czy można spodziewać się po osobie pełniącej taką eksponowaną funkcję nie tylko profesjonalizmu i kompetencji, ale też klasy i taktu? Pytanie retoryczne...

Opisana sytuacja wypełnia definicję przemocy symbolicznej, w której osoby, wobec których się ją stosuje, nie dość, że nie widzą w tym nic złego, to poczytują sobie taką sytuację, jako korzystną dla samych siebie. Nie widzą w tym nie tylko formalnego zgrzytu, ale też utraty rodzicielskiej autonomii i swoich praw.

Może to dlatego, że generalnie rzecz ujmując świadomość społeczna jest nie dość rozwinięta w Polsce. Dodatkowo jest także, uwikłana ideologicznie i dopuszczalna zwykle wtedy, gdy zgodna z oczekiwaniami władzy.

Uczestnictwo w Radach Rodziców jest całkowicie dobrowolne i pozbawione jakichkolwiek obostrzeń kompetencyjnych. Każdy rodzic może zgłosić się do działania w takiej radzie. Pytanie, czy powinien, skoro nie trzyma ‚ze swoimi’, równymi sobie?

O tym, że z kondycją rodzicielką jest nie najlepiej, a przemoc symboliczna wobec mas tworzących społeczeństwo rozkwita, świadczy moim zdaniem drugi przykład. Rownież przedszkolny. Niestety.

W czasie omawiania kalendarium wydarzeń przedszkolnych na zebraniu z rodzicami pada zapowiedź nowej uroczystości - ‚Święta rodziny’. Wciśnięta pomiędzy inne akcje planowane do realizacji.

Ledwie jeden z rodziców poprosił o wytłumaczenie. Bo z planów i dotychczasowego zwyczaju (tradycji?) zniknęły obchody Dnia Matki i Dnia Ojca. W odpowiedzi rodzice usłyszeli, że „to taki dzień mamy i taty”. Dla porządku dopowiem, że w kalendarium przedszkolnym pozostał Dzień Babci i Dziadka oraz Dzień Dziecka.

Dostrzegasz manipulację? Jest, czy jej nie ma?

Nauczyciele przedszkoli, szkół, również dyrektorzy takich placówek - wszak nic bez ich wiedzy i zgody nie może się tu zadziać, z konieczności posiadania stosownych kredencjałów, otrzymają w trakcie swej mistrzowskiej edukacji (prowadzącej do magisterium), również tę na temat rodziny. W odniesieniu do różnych, różniących się czasem znacząco ujęć definicyjnych, rodzajów i form (bo to nie oznacza tego samego), jej rozumienia jako grupy społecznej oraz instytucji społecznej. Także, co do funkcji jakie pełni. I przeobrażeń, jakich doświadczamy - niezależnie od własnych wyobrażeń, oczekiwań, czy przyjętych ideologii.

I nagle cała ta złożoność i funkcjonująca różnorodność - odnoszę się do stanu faktycznego, zostaje ‚zracjonalizowana' do wąskiego jej rozumienia. Tak zwanej ‚normalnej rodziny' - jak to określił Słońce Narodu, rozumianej jako 'jedna kobieta i mężczyzna, w stałym związku i ich dzieci.'

Ja wiem, że jeśli fakty nie pasują do oczekiwań - tym gorzej dla nich. Jednak rozejrzyj się wokół. Nie zamykaj oczu na życie, które radzi sobie nie tak jak chce, ale tak, jak potrafi. Zobacz, jak wiele rodzin wokół Ciebie wypełnia tę przytoczoną ‚definicję' rodziny. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, to mniej niż połowa. I odsetek ten wciąż wyraźnie spada.

Teraz zastanów się, co to oznacza.

Już?
To skojarz to proszę z opisaną wcześniej sytuacją przedszkolną.

Czy teraz dostrzegasz ten ekskluzywny, wyłączający charakter tego hmm... 'święta’? Rugujący z pojęcia rodziny dziadków i opiekunów, wychowujących dzieci. Również samotne matki - kobiety porzucone i te z konieczności lub z wyboru chroniące w ten sposób własne dzieci. Kobiety owdowiałe i tworzące dobre miejsca dla możliwości wychowania dzieci w rodzinach zrekonstruowanych. Wszystkich tych, którzy z tak rozumianej miłości lub życiowych niemocy, decydują się na adopcję. I osoby w innych rodzajach związków, w których dzieci otoczone są miłością i opieką.

Wychowanie jest tak złożonym procesem, że zawsze coś można w nim spitolić. Wiemy jednak, że heteroseksualna orientacja rodziców i ich tożsamość płciowa, również, a może zwłaszcza w małżeństwach sakramentalnych, nie wyróżnia w żaden znaczący pozytywny sposób wpływu na rozwój dzieci w stosunku do par jednopłciowych, opiekunów nie będących biologicznymi rodzicami dzieci i osób żyjących w związkach partnerskich. Może dlatego, że miłość nie ma płci, ani orientacji innej niż na człowieka?

I teraz dopiero najważniejsze: dzieci i ich dobro. Czy wychowywanie w zawoalowanej wrogości do wszystkiego, co nie jest zgodne z ‚założeniami’ jest dobre? Na jakich ludzi wyrosną dzieci uczone w przy różnych okazjach utożsamiania odmienności, jako synonimów zagrożenia dla nich samych? Czy, gdyby prawdziwymi były zapewnienia o działaniu na rzecz dobra dzieci, nie uczylibyśmy ich postaw szacunku i poszanowania godności wobec wszystkich, a nie tylko wybranych?

Dzień poszanowania godności i praw oraz otwartości i wspierania osób z mniejszości nieheteronormatywnej i transseksualnej przykryto - nie wiem z jakim skutkiem, akcją „Szkoła pamięta”. W szumności słów równie wielkich, co formalnie poprawnych, zapominając najpierw o dzieciach z niepełnosprawnościami pozbawionych szansy na rozwój i edukację w grupach rówieśniczych w szkołach. Świadomie i celowo nie dostrzegając żyjących i będących w potrzebie. Drugich nas, tyle że młodszych.

Bo było to tak, że bociana dziobał szpak. Bociana dziobał szpak. Bociana dziobał szpak. Bociana dziobał...



{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}

Blog w wersji audio dostępny w:

Spreaker Spotify Podcasts YouTube