Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Wskazniki kultury

Wskaźniki kultury

Czerwiec już za nami. Dla mnie końcówka była niczym sprinterski finisz - zwiększony wysiłek i maksymalna mobilizacja, godzone z opieką nad uwolnionymi od obowiązków przedszkolnych i szkolnych dziećmi. I podobnie jak słodki ból mięśni można odczuwać po biegu, noszę w sobie, mimo wyraźnego zmęczenia wiele radości i satysfakcji.

To zaś bezpośrednio za sprawą udziału w piątej edycji festiwalu tańca współczesnego ‚Sfera Ruchu’ organizowanego w Toruniu. (Nazwa 'Sfera Ruchu' oznacza sieć festiwali organizowanych w trzech Ośrodkach - Toruniu, Słupsku i Zielonej Górze/Nowej Soli.)

To w trakcie tych kilku zwariowanych dni czerwcowych zastanawiałem się nad kondycją kultury w Polsce.

Zauważyłem - przyznaję, że z zadowoleniem, iż korzystam z dóbr kultury w specyficzny sposób. Nie szukam w niej okazji do wygładzania zmarszczek mózgu. Lubię być aktywnym jej odbiorcą. Lubię, gdy to, czego doświadczam prowokuje do przemyśleń, refleksji. Gdy stawia pytania nie dające prostych, jednoznacznych rozstrzygnięć.

W polu moich zainteresowań leży głównie teatr, również w wersji śpiewanej, a także taniec. Czerwiec był dla mnie hojnym czasem w tym zakresie. Nie zamknął się w lokalnych (toruńskich) - wydarzeniach. Stąd i moje refleksje mogą mieć nieco bardziej ogólny charakter, jakkolwiek wciąż nie reprezentatywny.

Jeśli przyjąć, że w każdym poważnym badaniu warto uwzględnić losowy dobór próby, to mnie udało się - z przypadku i przez zaskoczenie, również bez najmniejszego wpływu na gatunek, repertuar i wykonawców - być na koncercie muzycznym, musicalu, pokazach tańca towarzyskiego, i wzmiankowanym festiwalu tańca współczesnego. Oczywiście, doświadczałem ich nie w charakterze badacza, a zwyczajnie ‚kulturobiorcy’ :)

I tu pojawiają się rzeczone w tytule wskaźniki. Po pierwsze, mój wskaźnik różnorodności kulturalnych wydarzeń, w których uczestniczyłem w tak krótkim czasie osiągnął, nie spotykany dla mnie dotychczas poziom.

Wskaźnik losowego doboru również osiągnął swoje maksimum - absolutnie niczego wcześniej nie planowałem. Po pierwsze dlatego, że czerwiec nie jest dla mnie szczególnie dobrym ku temu miesiącem z powodów wcześniej wzmiankowanych na blogu. A poza tym, nauczony doświadczeniem życiowym, nie przykładam zbytnio wagi do planowania. Przy czworgu dzieci (plus przydatki) bezpieczniejszą jest według mnie strategia otwartości na 'okazje kulturalne’.

Tak było z moim wyjazdem do warszawskiego Teatru Syrena - krótka piłka, i nieoczekiwana przez wszystkich zmiana planów, dająca w rezultacie dużo emocji i przeżyć na absolutnie wysokim (jeśli nie najwyższym) poziomie.

Jeśli usłyszysz lub przeczytasz, że właśnie o tym teatrze padł rekord wskaźnika dzietności na samotnego dorosłego, to... Tak, chodziło o mnie. Pojechałem do Warszawy z sześciorgiem, ale do Teatru z ośmiorgiem dzieci, w wieku od trzech do piętnastu lat.

O dziwo, obsługi teatru nie martwiła liczba dzieci, a tylko wiek najmłodszych. 'Rodzina Addamsów' niekoniecznie jest spektaklem dla małych dzieci. Jednakoż naszym Maluchom bardzo podobał się zarówno wystrój, ale też i muzyczne kreacje sceniczne. Śmiały się i klaskały w każdym razie samorzutnie i zawzięcie. Co ciekawe nie oburzały się na obecne w sztuce podteksty seksualne. To, w odróżnieniu od Dojrzewających. I mimo tego, że to słowo na 's' (jak seks) nie padło ani razu. Pojawiły się poetyckie ‚zatańczysz ze mną?' Gomeza kierowane do Marticii, ociekające zmysłowością niedopowiedzenia. Albo 'rodzice To robią, przyzwyczajaj się', które usłyszała Wensday w ramach swojej edukacji seksualnej. Jak dla mnie - najlepszy był Fester, ale pytając Zoję i Gajcię, najlepszą okazała się ‚bułka po' tym trzygodzinnym (z przerwą) spektaklu.

Rzadko bywam na pokazach tańca towarzyskiego - zbytnio się nudzę. Ale nadarzyła się okazja i ku temu, więc skorzystałem. Wytrzymałem ze czterdzieści minut. Bo ile można patrzeć na wciąż tak samo wyglądające postaci, składające się głównie z długich rzęs i ułożonych brylantyną czy innym wynalazkiem włosów. Owszem, sprawni i dynamiczni w ruchu młodzi ludzie. Ale też nużący powtarzalnością, i - jak dla mnie, nieznaczną rozróżnialnością. Kiedy tańczyły pary klasy mistrzowskiej, widać było oczywiście tę klasę w ruchach, ale... nic poza nią. Jak dla mnie samego - to za mało, by przyciągnąć moją uwagę na dłużej.

Z tańcem współczesnym mam zgoła inaczej. Generalnie czuję się w ‚nieustającym galopie’. Chodzi mi, co może nieoczywiste, o zaangażowanie w odbiór takich spektakli. Oczywiście, że można oglądać je kontemplując wyłącznie piękno ludzkiego ciała w ruchu. Stroje tancerzy pozbawione są blichtru i blasku, jakkolwiek zwykle są szyte pod konkretne osoby i zawsze dopasowane do przekazu, który mają wzmacniać, wyrażać. Najważniejszym wyróżnikiem tej odmiany tańca jest obecność tematu, myśli, przekazu, który oddawany jest za pomocą ciała.

Skąd się biorą pomysły na choreografie? Odpowiem, na przykładzie tych, które można było zobaczyć o czasie dwóch wieczorów 'Sfery Ruchu’. Uprzedzająco dopowiem, że nie tylko obejrzałem wszystkie spektakle. Dyskutowałem je z innymi, ale też rozmawiałem z częścią tancerzy i choreografów.

Myślę, że najkrótszą odpowiedzią na pytanie ‚skąd się biorą pomysły choreografii?' jest ta, że 'z życia'. Z tego, co bliskie i znane. Także z tego, czym ludzie żyją, czemu poświęcają energię, czego boją się, za czym tęsknią...

W ostatnim wpisie wspominałem o mojej ‚lubości’ do kawy. Czy można opowiedzieć o tym tańcem? Oczywiście! Choreografię (wspólną) ‚Kawa i papierosy' przedstawiły Joanna Miś-Fudali, Marta Pańka i Magdalena Bujalska (Project Pań-Fu).

Kawa. Rytuał. Czas 'poza'. Poza wszystkim co nie jest parzeniem kawy, a jest niespiesznym delektowaniem się nią i rozmyślaniem. A papierosy? Pomysłodawczyni powiedziała mi, że pochodzi z domu, w którym się paliło. I to, że przy całej tego małości, z papierosami związane były dość podobne rytuały. A gdy łączy się kawę i papierosy? No cóż! Wyglądało to niczym dwunasty epizod znanej serii filmowej Jima Jarmuscha. Mogę się mylić...

Podobała mi się choreografia Wojciecha Furmana ‚Nie ma dzieci - są ludzie’. Nie tylko dlatego, że traktowała o książkach i ludziach z nimi obcujących. Obecne na scenie rekwizyty były całkiem nietypowo ograne. Choreografia okazała się być zmodyfikowaną wersją (rozszerzoną), pracy dyplomowej obronionej - co mnie wcale nie dziwi, a cieszy, w tym roku przez Wojciecha, w Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Inspiracje stanowiła w tym przypadku praca Janusza Korczaka, i ta realizowana na rzecz dzieci przez OO. Dominikanów.

Wątki religijne pojawiły się jeszcze w dwóch choreografiach. Normalnie - nadreprezentacja jakaś... ‚Psalm’ w choreografii i wykonaniu Sylwii Błoch, odtańczony tak cudnie, że aż! Był też spektakl ‚Ka Ba’ Teatru Tańca Enza. Jego twórczynie i performerki - Klaudia Janus i Martyna Majewska, snuły opowieść o poszukiwaniu przez człowieka Boga. Tańczyły historie różnych kultur, różnych bogów, ale tego samego człowieka: poszukującego. Głowę dałbym, że dostrzegłem w choreografii wątek nacechowany, że tak to określę - niezbyt głęboką heteronormatywnością. Zapytałem i o to. Autorki choreografii zaprzeczyły zdecydowanie - mimo, iż nie byłem odosobniony w tej refleksji. Dowiedziałem się natomiast, że dla nich samych, prywatnie, to sprawa nader istotna, której poświęcają, sporo energii życiowej, ale też i czasu na wspólne rozmowy w tym temacie.

Trudno, abym opowiadał o wszystkich przeżytych - bo nie tylko obejrzanych spektaklach. Więc jeszcze tylko dwie historie.

Pierwsza wiąże się z choreografią grupy Ramada (z Opola), zatytułowaną 'Vote’. To był jeden z tych występów, które przekraczają moją skalę typowości w odbiorze. Rzadko zdarza mi się tak niskopoziomowa reakcja organizmu w czasie odbioru spektakli, jak... Hej! Chyba nie pomyślałaś... Nie! Chodziło mi o tak zwaną ‚gęsią skórę’, której towarzyszy stawanie włosów ‚dęba’. Tak było w czasie występów tej czwórki. Moc i energia. Kobieca energia i wola wyrażana tańcem w tak ważnej sprawie, jak prawa kobiet. Nie spotkałem nikogo z oglądających, kto nie zwróciłby uwagi na ten performens.

Na koniec będzie bardziej międzynarodowo. Choć wciąż ponadkulturowo. Wszak wspólnym dla nas, ludzi różnych kultur i wszystkich miejsc jest posiadanie ciał, z jedną głową i dwojgiem rąk i nóg, częściej niż odwrotnie. Ciało jest dobrym punktem wyjścia do artystycznej współpracy. Odczuwamy je i rozumiemy w podobny sposób. Kultura może oczywiście cechować ruchy. Inaczej poruszają się rdzenni Afroamerykanie. Inaczej tańczą Hindusi. Nawet pośród ludów Europy znalazłoby się parę różnic w sposobach wyrażania ruchem ekspresji...

Gośćmi Festiwalu byli Marion Sparber i Alan Fuentes-Guerra. Ona z Włoch, on z Meksyku, mieszkający w Berlinie i występujący nie tylko w Europie, bo na świecie. W Toruniu prowadzili również warsztaty 'partnering - shared levitation' i zaprezentowali zbudowaną na tej technice choreografię ‚Porzelan Haus'.

Fantastycznie było patrzeć, jak uczestnicy warsztatów uczą się swoich ciał niejako na nowo - przypomnę, że mówię o osobach wyraźnie uzdolnionych ruchowo, by jeszcze bardziej świadomie i swobodnie partnerować sobie, wzajemnie oddając i przejmując ciężar całego ciała drugiej osoby. Zwisy, zawieszenia, podnoszenia, opusty, przejścia i podpory... Wszystko z delikatnością i dbałością o siebie nawzajem. W całkowitym zaufaniu. Po to, by w połączeniu z muzyką współdzielić i przenosić energię spiral, z wnętrza na zewnątrz, z jednego miejsca na inne miejsce; by budować związki jaźni, by wyrażać emocje. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie.

Prawie półgodzinna choreografia Marion i Alana w czasie prezentacji, mówiła językiem tańca o tej złożoności przestrzeni sensów i znaczeń między dwojgiem ludzi. W późniejszej rozmowie, Marion potwierdziła mi, że w ten sposób mogą opowiadać tańcem o skomplikowanych międzyludzkich relacjach, jedynie osoby będące prawdziwą parą. Tytuł choreografii ‚Porzellan Haus’ odnosi się do japońskiej sztuki (filozofii) tzw. złotych blizn, biorących się z techniki sklejania rozbitej porcelany złotem - kintsugi. I tak, jak w przypadku posklejanej porcelany powstaje nowa jakość, tak w przypadku ludzi zawsze stajemy się innymi osobami.

Z taką formą przekazu treści za pomocą tańca generalnie jest tak, że nieszczególnie fajnie odbiera się je poprzez oglądanie na jakimkolwiek ekranie. Nie umywa się to do całości przeżyć towarzyszących żywemu performansowi. Trzeba to przeżyć samemu. Ja powiem tylko jedno o tym spektaklu: zachwyt. Ale to słowo budzące tyle we mnie, ma dla Ciebie zupełnie inne znaczenie i wartość. Jest puste i poza jakąś formą rekomendacji - niewiele mówiące.

Jedyną mapą zdolną odwzorować terytorium, jest samo terytorium. Dlatego zaufaj mi, że to piękne i głębokie i... Sprawdź! Przeżyj to sam...

I tu powrócę znowu do wskaźników kultury. Do toruńskiej edycji ‚Sfery Ruchu’ zakwalifikowało się osiemnaście spektakli, z czterdziestu zgłoszonych. W warsztatach wzięła udział ponad setka zainteresowanych, głównie tancerzy. W warsztacie 'Gaga people' prowadzonym przez europejskiej klasy instruktorkę Natalię Iwaniec, brało udział ok. 70-80 osób. (Nie opowiem o tym wiele, bo jedynym sposobem przekonania się na ‚własnej skórze’ czym Gaga jest, jest uczestniczenie w warsztatach. Nie ma możliwości ich rejestracji) Niewiele mniej osób uczestniczyło w solowych i prowadzonych wspólnie warsztatach Marion i Alana. Niestety, trzeba było wybierać. Nie było możliwości uczestniczenia we wszystkich zajęciach.

Dlaczego o tym wspominam? Bo, ile chodzi o wskaźnik kultury wyrażany jakością przejawień, złożonością i rozpiętością znaczeń tejże - myślę że nie mamy są jako Polacy, Polska czego wstydzić. Widać zaangażowanie, ale też rozwój indywidualnych twórców i postępy całych zespołów.

Pozostaje jednakże kwestia nakładów finansowych łożonych na utrzymanie jej poziomu, różnorodności i zapewnienie możliwości i szans rozwoju. Co do zasady kultura kosztuje dużo. W najtrudniejszej sytuacji są, jak sądzę z osobistego oglądu wycinków całości (tej związanej z tańcem współczesnym w Polsce, jako fragmentom całego 'tortu kultury'), twórcy niezależni i małe grupy. Możliwości ekspresji artystycznej zależą wprost od hojności sponsorów - urzędników i zarządzających firmami, rzadziej osób indywidualnych.

W nieciekawej sytuacji znajdują się i ci, którzy o wsparcie kultury proszą, i ci, którzy z różnych powodów go nie udzielają. Tracimy jednak wszyscy.

O wspieraniu kultury można myśleć także od ‚drugiej strony’. Wyrazem tego jest partycypowanie w niej. Taniec, który lubię wypada tu niestety słabiutko. W odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej - nawet bardzo blado. Dostępność spektakli tanecznych w Europie jest dużo wyższa niż w Polsce. Zapewne ma to związek nie tylko z zasobnością portfeli osób korzystających z tego dobra, ale też z artystycznym wysmakowaniem i potrzebami odbiorców, tworzącymi popyt na takie formy kultury.

Popularność najprostszej w odbiorze kultury nasuwa mi przypuszczenie, że ludzie mogą chcieć unikać konieczności podejmowania wysiłku rozumienia odbieranej sztuki, konsumując wyłącznie powierzchnie. Wówczas, oczywista, nigdy dość świateł. I decybeli... Nie wiem ile w tej chęci jest prawdziwej niemocy, a ile nieracjonalnego strachu. Wciąż jednak dziwi mnie tak niewielkie zainteresowanie tańcem wykraczającym poza szeroko rozumianą towarzyskość i show. Oczywiście nie dlatego, ze zamiast, a obok nich.

Żeby wzrastać w kompetencjach odbioru spektakli tanecznych, trzeba w nich uczestniczyć. Żeby w nich uczestniczyć, te trzeba powołać do istnienia, aby były dostępne. I tworzy się koło, niczym mityczny Ouroboros, z którym jedyną wspólną cechą zdaje się być nieskończoność. Oczywiście trwania tego obłędu...

Wakacje, to również dobry czas by partycypować w kulturze i ‚podnosić wskaźniki’.
To co? „Przełamcie schematy - ogórki do herbaty”, jak śpiewali Funk Jello.

Byle z kulturą!


Autorem zdjęcia jest Radosław Kubiak :)


{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}

Blog w wersji audio dostępny w:

Spreaker Spotify Podcasts YouTube