Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Atypowy

Atypowy

Tak zwana 'normalność' jest tak oczywista, że aż... niedookreślona. To dlatego, że jej granice zdają się zmieniać i być zmieniane przez większość. Bo normą stało się, albo zwyczajnie tak jest, że to większość określa czym 'normalność' jest. A co z wszystkimi tymi, którzy nie odnajdują się w jej płynnych granicach?

Czy przekraczanie norm jest zawsze obarczone odium 'złego', nienormalnością? Z pewnością nie! Tak zwany 'normalny' człowiek nie potrafi przykładowo przebiec dystansu stu metrów poniżej dziesięciu sekund. A są tacy, którzy to potrafią. Myślę sobie, że większość ludzi nie chciałaby podjąć takiego wyzwania. Bo, albo nie daliby rady, albo - co bardzo prawdopodobne - próba taka mogłaby zakończyć się kontuzją. Czy sportowcy-sprinterzy są nienormalni? Oczywiście, że nie! Jakkolwiek przekraczają tzw. normę.

I tu na usta ciśnie się określenie synonimiczne do potocznego rozumienia pojęcia 'normalności' - przeciętność. Odnosząc się do wcześniejszego przykładu, tylko ponadprzeciętnie wyćwiczone osoby są zdolne przebiec 'setkę' poniżej dziesięciu sekund. Zwykle jest tak, że takie przekroczenia przeciętności dokonują się w kierunku 'ponad' i nacechowane są pozytywnymi skojarzeniami.

Normalność, czy przeciętność może wskazywać w odniesieniu do mas ludzkich konstytuujących społeczne definicje tych pojęć, na brak jakichkolwiek wyróżników jednych ludzi od innych. Ot, przeciętni, czyli dokładnie tacy, jak inni. Z podobnymi marzeniami i wrażliwością na - 'polecę' Platonem: dobro, prawdę i piękno. Podobni sobie konsumenci dóbr doczesnych, i - to już za Baumanem: kolekcjonerzy wrażeń. Autentyczni, bo szczerze zaangażowani. Ale moim zdaniem, raczej nieprawdziwi. Zmyśleni, bo realizujący cudze cele i pomysły.

Pisał o tym Marian Jachimowicz w wierszu, którym obdarowała mnie Maria Dudzikowa - jestem wciąż pełen wdzięczności za to im obojgu (ukłony!). Szło to tak:

Pomyśl siebie
stań się
na nowo
Bezrozumnych
Zmyślają inni

I co? Piękny wiersz? Mocny? Dający do myślenia? W wielu przypadkach, refleksyjność, czy inne przemyślenia i dywagacje, kończą się przyjęciem życiowej postawy - konformizmu. Bezpiecznego dryfu z prądem i zgodzie z większością - dopasowania do normalności. Przeciętności znaczy się..

A co z tymi, którzy w niezgodzie z tym? Jobsowymi 'think different'? Odkrywającymi siebie i działającymi w kontrze do kultury powszechności? Co z kontestatorami wartości i norm obowiązujących w codzienności życia społecznego, politycznego, gospodarczego itp. itd.? Co z tymi, których niezgoda na przeciętność nie jest kontrą dla zasady, a wynikiem przemyślenia, nazywania rzeczy i spraw, podjęcia próby wartościowania ich (np. przez stosowanie Koestlerowskich holarchii wywodzonych z greckiego słowa holon, oznaczającego 'całość', zamiast hierarchii)?

Pojęcia kontrkultury i kontestacji - w odróżnieniu od postrzegania ponadprzeciętności, niosą z sobą odium pejoratywności, niestosowności. Mogą kojarzyć się z zagrożeniem dla wszystkiego, co znane i oswojone.

Jeśli chcesz sprawdzić, na ile bliską (jeśli w ogóle) jest dla Ciebie kontestacja, możesz zmierzyć się z treścią książki napisanej przez Christophera Hitchensa - Listy do młodego kontestatora. Spróbuj! Nie będziesz żałować, bo przyjęcie jakiejkolwiek ‚strony’ w tym dyskursie będzie związane z koniecznością przemyślenia pewnych spraw i kwestii. A może wyparcia? Bo, czyż można ufać - ot, tak, osobie, która pełniła funkcję adwokata diabła (advocatus diaboli) w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Agnes Gonxha Bojaxhiu? Nie czytam dobrze po albańsku, użyję więc jej bardziej znanego imienia - Matki Teresy. Z Kalkuty.

W odniesieniu do sprawy, o której już za chwilę, użyję przewrotnego określenia - atypowości. Bo podobne, jak ateizm oznacza przeciwieństwo teizmu, tak atypowość nie jest bynajmniej otoczona nimbem neutralności. Masz kolejną okazję do wyrobienia sobie własnego zdania. Chciałbym, aby było to zdanie w odniesieniu do sprawy, a nie mojej osoby. Zwyczajnie, tylko to pierwsze jest ważne.

Sprawa zaś wygląda tak, że zgłosiłem swój akces do wystąpienia w spektaklu teatralnym dla dzieci w przedszkolu naszych najmłodszych dziewczynek. Nie był to mój 'pierwszy raz', jakkolwiek był to mój debiut w tym miejscu. Co do zasady - takie przedstawienia dla dzieci w wykonaniu rodziców to świetna sprawa. Trzeba zadać sobie wiele trudu, żeby sprawa nie 'wypaliła'. Nam - rodzicom w nietypowych aktorskich rolach - nie wyszło. Oczywiście wzmiankowane 'skiepszczenie.' Moim zdaniem było super! Wnoszę to po emocjach przeżywanych przez dzieci w czasie naszych występów. Tak, tak! Występów! Bo przyjemność się powtarza, a dzieci w przedszkolu tyle, że żadna sala wszystkich na raz nie pomieści. I przyszło nam grać trzy razy :)

Myślę, że to naprawdę fajna sprawa, gdy rodzice przekraczają 'typowość' ról z codzienności, w tak atrakcyjny dla dzieci i wymagający jednocześnie sposób. Mówi się, że dzieci są najbardziej wymagającą widownią. Tym większą jest rodzicielska duma płynąca z radości dzieci uczestniczących w spektaklach.

Przygotowanie spektaklu trwało i rodziło się w przysłowiowych bólach. Te wynikały w dużej mierze z konieczności skorelowania czasu wspólnych prób. A jak wiadomo, czas nie tylko jest zasobem nieodnawialnym, ale - co równie istotne, ciężko pozyskiwalnym, zwłaszcza przez uwikłanych w dorosłe życie.

Udało się jednak! De facto udało są nawet więcej, niż można przypuszczać na pierwszy rzut oka. Bo takie zajęcia wychodzenia poza 'normalność' - gra zmienionym głosem, specyficzny sposób poruszenia się, gestykulacji; również poszukiwania (odnajdywania się) rozwiązań dla granych postaci - wszystko to sprawiało, że ja sam czułem się mniej obcy, pośród innych rodziców. To bardzo przyjemne uczucie. Generalnie jest tak, że wspólne przeżywanie (w zasadzie czegokolwiek) zbliża ludzi. I bardzo dobrze.

Fajna była także, i dobrze przyjęta przez dzieci, swoboda w kreowaniu granych postaci. Można było zabłysnąć :) Ja sam do roli króla, który nie musiał oddawać ręki córki za Dratewkę, bo ten z braku smoka do eksterminacji, nie miał czym zabłysnąć - miałem wypożyczony strój. Ale do roli wilka - oczywiście że złego, ale tylko w bajce, strój ogarnąłem samemu. Czyli z pomocą Ukochanej. Ale maskę czyniącą mnie wilkiem - taką z olbrzymimi zębami w wielkim pysku - zrobiłem sobie zupełnie sam. Dość powiedzieć, że gdy zły wilk odzywał się swoim (czyli nie moim) ochrypłym i warkotliwym głosem - część najmłodszych dzieci zaczynała płakać. Mam nadzieję, że nie przesadziłem... Te starsze dzieci raczej się śmiały. No cóż... Gajcię, uprzedzoną o roli taty, trzeba było tulić na kolanach...

Czyli sukces? Artystycznie i logistycznie - z pewnością tak! Niezręczności doświadczyłem, gdy po gromkich brawach po ostatnim spektaklu, prócz gratulacji i podziękowań wszystkim i każdemu, pojawiły się suweniry - dyplomy i kubki.

Kiedy czytam na dyplomie, że 'Społeczność Przedszkola' (pisownia oryginalna) składa mi, wespół z Dyrektor podziękowania - przychodzą mi do głowy myśli przeróżne i przewrotne zapewne.

Po pierwsze, budzą się we mnie wątpliwości. Co do uczciwości. No bo, jak to? Społeczność przedszkola, winna oznaczać zarówno rodziców, nauczycieli, pracowników i samych przedszkolaków. Nie wszyscy widzieli spektakl. Wiem to z autopsji. Skąd zatem społeczność? I po co? Dla dodania nobliwości chwili? Może po to, by dzieci i małoliczni rodzice (to nie jest wytyk, a stwierdzenie faktu, że większość rodziców w tym czasie jest w pracy), doświadczywszy emocji związanych z uczestnictwem w takim wydarzeniu mogli stać się jego emisariuszami na przyszłość? By dzieci aktorów mogły 'popękać' z dumy przed rówieśnikami, a pozostałe zapragnęły zachęcać własnych rodziców do wzięcia czynnego udziału w przyszłorocznym spektaklu?

Czy ten pedagogiczny dla młodszych i starszych wymiar, zapewne istotny społecznie, można realizować wyłącznie w taki sposób?

Co mam zrobić z dyplomem, który otrzymałem? Pal sześć jego poprawność. Mam go powiesić na ścianie, pokazywać znajomym? Serio? Jeśli jesteś zaangażowanym rodzicem, społecznikiem, wychowawcą kolonijnym, animatorem, itp. z pewnością znasz takie sytuacje. Co robisz ze swoimi dyplomami? Wyrzucasz?

A ofiarowany mi kubek? Lubię pić kawę z kubka. Ale mam swoje preferencje. Ten konkretny się w nie nie wpisuje. W żaden sposób. I nie chodzi mi o estetykę której pozadyskusyjność zawiera się w Kantowskim powiedzeniu ‚piękno leży w oku patrzącego'. Nie umiem odnaleźć piękna w rozszerzonych danych adresowych przedszkola znajdujących się na kubku. Jako osoba praworęczna musiałbym patrzeć na nie chcąc z niego korzystać. Ale dobrze - pal sześć i to! Przyjmuję, że przynajmniej autorom projektu graficznego, kubek taki się podoba.

Czy ktokolwiek z inicjatorów tej akcji zadał sobie pytanie, czy obdarowani rzeczywiście potrzebują tych dyplomów i kubków? Czy radość dzieci, pięknie przeżywane emocje, brawa i owacje, nie są dobrą nagrodą za pracę i performanse? Jeśli nawet miałyby być niewystarczającymi, to czy publiczne gratulacje nie sprzyjają zaangażowaniu do powtarzania tego i temu podobnych wydarzeń w przyszłości? Czy brakuje czegoś słowom, głoszonej publicznie radości i wdzięczności? Dla mnie są one bardziej prawdziwe i naturalne niż podziękowania od 'Społeczności Przedszkola'...

A kubki? Jestem ciekaw, ilu z obdarowanych nimi rzeczywiście ich pragnęło, ilu rzeczywiście potrzebowało. Bo czyż nie jest rozrzutnością wydawanie pieniędzy na rzeczy, które nie służą? No chyba, że przedszkolu - ale ja na to zgody swojej nie wyrażam! Dla mnie to nieuzasadnione marnotrastwo. Prawdopodobnie finansowane ze składek rodziców.

Kto chciałby kubek z gustownymi napisami?
Hej!
Nie wszyscy naraz!




{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}

Blog w wersji audio dostępny w:

Spreaker Spotify Podcasts YouTube