Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Brokuly, czyli pad systemu

Brokuły, czyli pad systemu

Gorący to czas. I nie tylko z powodu aury. Czerwiec to wszak koniec roku szkolnego i przedszkolnego. To czas kumulacji wszystkich możliwych atrakcji. Bo i ciepło, i dzień długi...

Około świąteczny galimatias wygląda w takim zestawieniu blado. Bynajmniej jeśli idzie o mnie samego i nasze domowe zamieszanie. Przygotowanie do świąt to, z grubsza biorąc ‚trzy dni w plecy'. Jeden na zakupy, drugi na sprzątanie i ostatni na kulinaria. To 'wyliczenie' traktuję jako skumulowane aktywności. Rozkładając je na dłuższy czas, można czasem poprawić sobie komfort. W każdym razie, czerwiec jest znacząco dłuższy i bogatszy w zdarzenia i wydarzenia. I, jak się okazuje - również kurioza i wpadki, aż do obnażenia całkowitego 'padu systemu’.

Nauczycielom - nie wszystkim, ale jeden, to o jednego za dużo, przypomina się na trzy dni przed radą klasyfikacyjną, o konieczności wystawienia ocen cząstkowych, które pozwolą ocenić pracę roczną ucznia. Pomijając kuriozalność wytłumaczenia tegoż - tak, pofatygowałem się, załamującym jest fakt przerzucania na dziecko - trzecioklasistę, przez jakoby dojrzałego, formalnie kompetentnego nie tyko merytorycznie, ale metodycznie i dydaktycznie również nauczyciela, jego własnych obowiązków. Nie wiem, jak to adekwatnie opisać. To nauczyciel winien dbać o to, by uczniowie uczyli się systematycznie i otrzymywali oceny w przeciągu całego semestru. Za różne aktywności, w różnych formach sprawdzania wiedzy, umiejętności i kompetencji. Naprawdę słabo jest, gdy uczeń dostaje trzy oceny w czasie jednego i niezapowiedzianego odpytania. Profesjonalny nauczyciel - cytuję „Przepraszam! Ja mam zajęcia na uniwersytecie!”, nie uzasadnia oceny dziecku? A może to świadome działanie wynikające ze strachu, albo wstydu za swoje nauczycielskie zaniedbania, takie uwolnienie siebie samego z konieczności 'patrzenia się dziecku w oczy’? Kojarzy mi się to z całym, wątpliwym ‚dobrodziejstwem inwentarza’ - z sądem kapturowym, wyłączając w tym przypadku, oczywiście wiedzę na temat ów sąd czyniącego.

W rozmowach z innymi rodzicami wyszło, że nie jestem znów taki 'wyjatkowy'. I bynajmniej nie dlatego, że dotyczy to mojego dziecka. Dlatego, że inni rodzice nie mieli komfortu trzech dni na reakcję - przed radą klasyfikacyjną. Jakoś wcale mnie to nie cieszy.

To oczywiście temat obszerniejszy niż wskazane delikty. Pytanie na ile systemowy i powszechny...?

W czerwcu planuje się wycieczki szkolne. To dość oczywiste - by nie kolidowały z rytmem pracy szkoły i realizacją podstawy programowej. W szkole muzycznej, do której chodzą nasze starszaki, egzaminów jest więcej. I trudno to przeskoczyć - taka uroda i cena tego specyficznego wykształcenia. Wycieczka zatem wydaje się świetnym pomysłem. Odpoczynek po trudzie, integracja. Również walory edukacyjne i kulturotwórcze. Ja cieszę się, że do szkoły chodzi dwoje z naszej czwórki. Z sześciuset trzydziestu powodów... Bo pożegnania, pikniki, imprezy okolicznościowe - oczywiście obok regularnych składek, są bardzo absosorbujące i dojmujące. Być może z tego bierze się liczba zawałów, chwilówek i innych form finansowania, w obserwowalnym ich wysypie w czerwcu? Nie zdziwiłbym się wcale...

Jeśli jesteś rodzicem i odnosisz to, co napisałem do doświadczeń własnych, to mam dla Ciebie złą wiadomość. To nie jest najgorsze!

Tato! Wydrukuj mi brokuła do pokolorowania! - zawołała jedna z naszych przedszkolaków. Ale po co? - odpowiedziałem - Przecież możesz narysować brokuły sama. Tato! Ale ja NIE UMIEM!

Przeczytaj powyższy akapit raz jeszcze. To nie tylko słowa. Nie tylko niewinny dialog przy jednej z ulubionych zup naszych dzieci. To obraz całkowitego padu systemu edukacyjnego przedszkola.

Przeczytaj w tym miejscu wpis 'Dzieło’ z listopada ubiegłego roku - nie ma jego wersji audio możesz także wysłuchać jego wersję audio. Bez tego kontekstu, podnoszona przeze mnie sprawa wyda się błahą.

Teraz zastanów się: co trzeba zrobić, żeby pięcioletnie dziecko - wulkan energii przejawiającej się głębokimi twórczymi i nieustającymi interakcjami ze światem, upośledzić do takiego stopnia?

Czyż nie jest to przejaw upośledzenia? Wszystkie małe dzieci w naturalny sposób są plastycznie kreatywne. Nie mówię/piszę o jakości wytworów ich pracy, nie wartościuję sztuki, którą w ten sposób tworzą. Myślę o wyobraźni, która łączona z sytuacyjnym anturażem jest przejawem prawidłowego rozwoju, właśnie poprzez plastyczne formy wypowiedzi dzieci.

Jeśli ne wierzysz - sprawdź! Poproś małe dzieci, aby narysowały np. rakietę, albo wymarzone wakacje, ukochaną mamę... I zobacz, czy któreś z nich powie ‚ja nie umiem’. Nie ma znaczenia kolor, kształt, czy precyzja oddania rzeczywistości. Dzieci w wieku przedszkolnym winny rysować wszystko. I nie powinny znać pojęcia ‚nie umiem', jako wyrazu swojej bezradności.

Zdrowa wersja braku jakiejś umiejętności małego dziecka, zazwyczaj staje się dla niego wyzwaniem, zadaniem któremu stara się ono podołać. Dzieci nie snują dalekosiężnych planów, tylko dążą do zaspokojenia swych potrzeb tu i teraz, poprzez działanie w teraźniejszości - jedynym znanym małemu dziecku wymiarze rzeczywistości.

W przedszkolnym dokumencie „Wizja” czytam, że (przedszkole) „Organizuje jednakowe warunki dla rozwoju indywidualnych zdolności i zainteresowań”. W „Misji” zaś, że "(...) stwarza warunki do indywidualnego rozwoju dziecka zgodnie z jego wrodzonym potencjałem i na miarę jego możliwości”. Super!

Wydaje się, że tak długo, jak dziecko wpisuje się w formę ustaloną przez przedszkole. Zapewne tak długo i tak mocno, aż wpisze się w nią wreszcie - poprzez wykonywanie w tym samym czasie mało rozróżnialnych, ale indywidualnie robionych wedle jednego słusznego wzoru prac. A mi przypominają się pytania moich dzieci: „Tato, która praca jest moja?”.

Rysowanie po linii - brrr... Wypełnianie kolorem predefiniowanych kształtów, postaci i sytuacji. Czy to naprawdę jest jedyna forma rozwijania motoryki małej?

Podobnie, jak Henry Ford reklamował swoje samochody - dostępne w każdym kolorze, byle był to czarny, przedszkole stawia na indywidualność dziecka tak długo i mocno, aż spełni ono przedszkolne oczekiwania...

To jest całkowity pad systemu, który przejdzie niezauważony. Bo przedszkole rozliczy siebie samo i dziecko ze szlaczków, wypełnionych do lini kart. A rodzice zapewne zbagatelizują taki komunikat.

To trochę tak, jak z wypadkami na pływalniach, gdzie w płytkich ich częściach toną małe dzieci. To trochę tak, jak w przedszkolach, gdzie upośledza się wyobraźnię dzieci i ich wiarę w siebie. W obu przypadkach nikt nie zareaguje. Bo wszystkim wokół wydaje się, że dzieci się dobrze bawią.

Tonie się zawsze w ciszy. I samotności.




{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}

Blog w wersji audio dostępny w:

Spreaker Spotify Podcasts YouTube