Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Koincydencje

Koincydencje

Dzisiaj historia ,chcieliście - to macie: skumbrie w tomacie!’. Nie będzie o poezyjach, nic o dylematach poznawczych „tomat czy tomata?”, trawiących Gałczyńskiego, jak mniemam trawiącego skumbrię właśnie.

Będzie o takiej skumbrii w tomacie, tylko innej. Bo nie wszystkim słyszącym to wyrażenie, jawi się skumbria jako konserwa rybna (z makreli, wzdręgi lub płoci), zwykłe w sosie pomidorowym - według sławnika Witolda Doroszewskiego.

Na początku mojej blogowej przygody i przy okazji jedynego wywiadu ze mną w odniesieniu do tej właśnie aktywności, zwrócono mi uwagę na fakt używania przeze mnie trudnych, bo niezrozumiałych słów i wyrażeń.

Domyślasz się prawidłowo. W obu przypadkach, oddzielonych szmatem (szmatą?) czasu, tak na trzy i pół roku, przykładem mojego (nad)użycia było słowo ‚koincydencje’.

Przypomniałem sobie o tym w momencie, kiedy dotarł do mnie fakt kolejnej - tym razem mega-koincydencji.

Od jakiegoś czasu planowałem z Ukochaną uporządkowanie naszego księgozbioru. Uwolnienie przestrzeni. Różnych. Od tej literalnie rozumianej zaczynając - wszak książki dosłownie zajmują sporo miejsca. Chcieliśmy jednak oczyścić także te przestrzenie wewnętrzne i pozbyć się książek, z których wyrośliśmy emocjonalnie, intelektualnie i duchowo.

Ostateczne rozliczenie się z tego, które książki zostaną z nami, a które nie i dlaczego, przypadło... w 86. rocznicę palenia książek w ogarniętych nazizmem Niemczech. Akurat ja sam nie miałem świadomości tegoż. Doczytałem o tym dwa dni później.

Uważam, że książek nie wolno palić, czy niszczyć w celu unicestwiania niezgodnych z oczekiwaniami, czy potrzebami treści.

Jestem pewien, że dałoby się pokazać naszą ludzką historię w świetle ogni trawiących artefakty naszego gatunkowego dorobku. Świadomość tego powoduje we mnie nieopisany smutek i żal za tym, czego my ludzie już nigdy się nie dowiemy, za tym co straciliśmy. Brak świadomości znaczenia takiego faktu unicestwiania przez spalenie - niczego nie zmienia, nie usprawiedliwia. Jest kolejnym znakiem potrzeby dobrej edukacji: włączającej, honorującej odmienności i jednocześnie wartościującej w sposób niedyskryminujący, starającej się zrozumieć więcej.

Ja swoje książki oddałem. Wydałem je, by służyły innym. Bo książek się nie pali. Nawet tak czarnej księgi - po okładce i zawartości wnosząc, opowiadającej o mizoginicznym ludobójcy...

Tu kolejna ciekawa koincydencja. Rozmawiam bowiem z racji części moich obowiązków z młodymi ludźmi o Tadeuszu Łopuszańskim i jego licznych prospołecznych aktywnościach. Dla części znanym jako pierwszym prezesie klubu sportowego Wisła-Kraków, człowieku zakochanym w Tatrach i działającym na rzecz Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Zapewne ważniejszą jest jego działalność na niwie edukacyjnej i jego opus vitae - stworzenie, jak dla mnie, perły w koronie polskiej edukacji - Gimnazjum i Liceum im. Sułkowskich w ich odzyskanych przez niego na ten cel włościach w Rydzynie.

Wspominam o nim, gdyż był też Łopuszański fundatorem zbiorów książek i całych bibliotek. Takoż i ja zasiliłem zbiory przynajmniej trzech. Nie, żeby w sposób równie znaczący ilościowo - ledwie ponad tysiąc woluminów. Ale...

Ale lektury i słowniki zawsze przydają się w podstawówkowej i licealnej bibliotece. Nie każdy też musi podzielać moją głęboką i uzasadnioną autopsją niechęć do pedagogiki, którą zawdzięczam wybitnym humanistom, których poznałem. No cóż! Potrzebowałem i takiego uwolnienia. Inni mogą mieć odmienne doświadczenia. Akceptuję to, oddając i dla nich cześć moich zbiorów. Pozostałymi książkami obdarowałem Wojewódzką Bibliotekę Publiczną - korzystam ze zbiorów cyfrowych, jakie udostępnia. Jest OK. Oczywiście, że pamiętałem też o znajomych - każdy mógł wybrać sobie coś dla siebie. Lub został obdarowany :)

I nie zdążył opaść kurz za samochodem, a mnie nie przestał napawać przyjemnie odczuwanymi emocjami fakt konieczności poniesienia opłaty parkingowej na czas wzbogacania bibliotecznych księgozbiorów - tyle szczęścia waży całkiem sporo i nie dało się go przenieść ani na raz, ani na dwa - jakkolwiek w Książnicy Kopernikańskiej do dyspozycji miałem dwa wózki, pojawiły się kolejne koincydencje.

Na biurku spostrzegłem bowiem pozostawioną małą książeczkę - tę ze zdjecia. Śmiałem się w głos, gdy ją zobaczyłem. Druga, z dwóch tomów, historia o Alicji...

Wydawnictwo 'Czytelnik' sygnowane jest poza samą nazwą, rysunkiem delfina. A właśnie wchodzi na rynek czytelniczy, kontrowersyjna książka z 'delfinem' w tytule. Przypadek?

Jakby tego mało było, książeczkę tę zauważyłam dopiero dzień po oddaniu własnych książek - czyli 11 maja. To w tym dniu miała miejsce premiera filmu Tomasza i Marka Sekielskich ‚Tylko nie mów nikomu’. Skojarzenie nasuwa się jakoś tak samo... Kontrowersje wokół osoby Charlesa Lutwidge’a Dodgsona, podpisującego się w twórczości artystycznej pseudonimem - Lewis Carroll, budzi jego dobrze udokumentowane zainteresowanie małymi dziewczynkami. Rzeczywiście był Lewis znanym portrecistą - nie tylko dzieci, zresztą. Swoje prace wykonywał w technice kolodionowej. Czy było tu to znaczące ‚coś więcej’? Nie wiem.

Książka ta przypomina mi moją Babcię, która poza czytaniem mi, uczyła mnie również szacunku dla samych książek. Pokazywała mi swoje niemieckie pozycje, jeszcze sprzed II Wojny Światowej, które jakimś sposobem stały się jej własnością i przetrwały. Przedwojenne Niemcy były potęgą w zakresie medycyny. Ja zapamiętałem książkę z anatomii człowieka - taki nasz Bochenek, tylko po niemiecku i całe lata wcześniej... Zapamiętałem ją, gdyż nigdy wcześniej w życiu - mam na myśli schyłek lat siedemdziesiątych, nie widziałem książek z rozkładanymi dodatkowo kartami i ruchomymi elementami. W tej konkretnej książce odsłaniały one poszczególne układy w ciele człowieka i wprawiały mnie w stan fascynacji.

Babcia tłumaczyła mi to wszystko na jej własnym przykładzie, zamocowanym życiowym przed- i wojennym doświadczeniu. W czasach, gdy o Niemcach mówiło się tylko źle, tłumaczyła mi wartość książek napisanych po niemiecku. Bo książki zawierają jakąś wiedzę. I nie wolno ich niszczyć w imię jakichkolwiek uprzedzeń.

Babcia czytała mi dużo, kiedy byłem mały. To u Niej przeczytałem pierwszy raz Alicję w krainie czarów - pierwszą z dwóch części historii Alicji z okładki. Pamiętam, że pierwszy tom był w kolorze granatu. Nie mam pojęcia, co stało się z książkami mojej Babci. W rodzinnej zawierusze po Jej śmierci zniknęły gdzieś. Mam tylko nadzieję, że nie zostały wyrzucone. Bo stare, bo po niemiecku... Książek się nie pali i nie wyrzuca!

Czym zatem są koincydencje? Artur Schopenhauer określał je mianem - współwystępujących zdarzeń bez przyczynowego połączenia ze sobą. Doświadczenia synchroniczności pojawienia się zdarzeń korespondujących ze sobą w ich powierzchowności, kazały doszukiwać się w ich głębi manifestacji zasady, którą jakoby kieruje się Wszechświat, twórcy koncepcji archetypów - Carlowi Gustawowi Jungowi. Domniemaną przez niego zasadę wszechzwiązku zdarzeń, nazwał Jung znaczącą koincydencją - synchronicznością.

No! Teraz już możesz powiedzieć, że wiesz, czym są koincydencje. Na koniec zatem jeszcze jedna: ja piszę, a ty czytasz.

Cóż za piękna synchroniczność! Nieprawdaż?

{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}

Blog w wersji audio dostępny w:

Spreaker Spotify Podcasts YouTube