Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Sztampa?

Sztampa?

Z granicami jest tak, że tyleż samo dzielą, co i łączą. I tak, ostatnia pełnia Księżyca zimy, jest jednocześnie pierwszą pełnią wiosenną. Przez ludzi żyjących w harmonii z naturą, ta konkretna nazywana była ‚pełnią robaczego Księżyca' lub ‚pełnią klonowego Księżyca’.

Harmonizowanie z rytmem Planety, pozwalało ludziom trwać. To zaś wymagało uważności, umiejętności dostrzegania znaków, wiązania ich w łańcuchy coraz bardziej złożonych całości. Prowadziło do organicznej łączności ze światem. Do poczucia więzi z Planetą. Ale nie przez dołączenie tego sensu do tego co człowiecze, wymyślenie go (fenomen). Bardziej jako odkrycie siebie samego, jako elementu tej układanki, tworzącej skomplikowany system powiązań. Wiedza ta prowadziła naszych antecesorów do szacunku dla świata. Wskazywała miejsce człowieka w jego porządku - dawała wolność, ale sprawiedliwie obdarzała konsekwencjami jej owocności.

I tak pojęcia 'robaczego', czy też 'klonowego' Księżyca odnosiły się do spostrzeżenia faktów pojawienia się na powierzchni ziemi robaków (dżdżownic) i obecności soku klonowego, wszędzie tam, gdzie gatunek ten występuje... Dla Indian był to znak rozpoczęcia okresu wegetacyjnego - czasu dynamicznego rozwoju roślinności, oznaczającego dla ludzi okres dostatku pożywienia.

Można chyba całkiem bezpiecznie przyjąć, że w Polsce najprościej jest określić ten moment nagłym wzrostem spuchnięcia i ‚zakichania’ wielu z nas. Oczywiście jako skutku, bo wywołanych rozpoczęciem kwitnienia roślin.

Tak więc wiosna budzi do życia Świat. We mnie, na ten przykład obudziła tlące się z 'tyłu głowy' rodzicielsko-wychowawcze refleksje.

Jazda na rowerze, nartach i umiejętność pływania - ot, rodzicielska sztampa. Bo zapewne większość rodziców, jeśli nie wszyscy, chciałaby takich umiejętności dla swoich dzieci. Nie tylko z powodu frajdy jaką dają w czasie ich spełniania. Dla zdrowia budowania i podtrzymywania. Również dla bezpieczeństwa.

Uczyłaś / uczyłeś jeździć na rowerze swoje dziecko? W moim przypadku to nie raz i nie dwa. To chyba dość zrozumiałe przy czworgu dzieci... Gajcia - wciąż trzylatka, bardzo chciałaby jeździć rowerem. Ale nie ma w sobie tej gotowości, która pozwoliłaby zmierzyć się z ryzykiem, jakie niesie z sobą nauka jazdy rowerem: możliwości przewrócenia się, upadku.

Co innego Zojcia. Jej zdecydowanie większa gotowość wynikała z faktu, iż na dobrą sprawę jeździła rowerem już w zeszłym roku. Bez pełnego przekonania samej siebie - ale jeździła. Wspominałem o tym we wpisach z naszej zeszłorocznej integracji wiejsko-sensomotorycznej.

Tyle, że wówczas zabrakło domknięcia, dopisania przysłowiowej 'kropki nad I’. Ten sezon Zojcia zaczęła od wybuchu miksu pragnień i niepewności. Tę ostatnią szybko przekuła w sukces :)

I tu dochodzę do sedna sprawy. Miło - nieprawdaż? Przy okazji tego procesu (bo przecież nie jednorazowego aktu strzelistego), zastanawiałem się nad kwestią budowania samooceny przez dziecko. Pomyślałem, że to idealna okazja: odseparowana od innych, w optymalnym układzie 1:1. I co najważniejsze - dokonująca się przy pełnym motywacji zaangażowaniu dziecka.

Problem jednak w tym, że można wpaść przy takiej okazji w semantyczną pułapkę. Kiedy rodzic uczy dziecko, może ono słyszeć komunikaty typu: ‚nauczę cię...'. Samo może też prosić rodzica: ’pouczysz mnie...?'. I dokładnie w tym tkwi owa pułapka. Bo nie jest problemem fakt, że ze strony rodzica to nauczanie (uczenie), a ze strony dziecka uczenie się. Niejako sam język nie sprzyja dziecku. Dużo częściej słychać komunikaty formułowane z perspektywy rodzica. Ciężar znaczenia całej tej sytuacji przesuwa się na jego osobę. Zupełnie, jakby to on był w tym procesie najważniejszy...

Jeśli ma być samoocena, to musi płynąć od wewnątrz. Musi być formułowana przez dziecko. Jako wyraz uznania własnych kompetencji i umiejętności - których wyrazem są osiągane przezeń sukcesy, sprawczość.

Rolą rodzica jest stworzyć okazje (mnogie); zapewnić, by nauka była bezpieczna i wiodła do celu. Warto w takich naturalnych sytuacjach podkreślać pracę i wysiłek samego dziecka. To ono jest autorem sukcesu. Rodzic czyni tło i ramę dla takich aktywności. Tyko i wyłącznie. Warto pamiętać o tym również w tej warstwie werbalnej - mówieniu o tym.

Żeby nie tylko 'nie przespać chwili w której Słońce wstanie' - jak w przypowieści Anthony’ego de Mello. Również żeby sprawczość tego cudu pozostała po właściwej stronie. Mojego Dziecka!

Moralizuję? Kiedy zacząłem się temu przyglądać, nabrałem przekonania, że to wcale nie jest takie oczywiste. Nietrudno odebrać dziecku sukcesy, jak ten. Budowanie samooceny dziecka, to dla rodzica wyzwanie, bo on sam musi pozostać w cieniu. Ma stwarzać okazje i czynić je bezpiecznymi. Być - jakkolwiek dumnym - wyłącznie świadkiem wzrastania dziecka.

Wiosna! Tyle okazji do budowania samooceny przez dzieci.
Dam radę!

{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}

Blog w wersji audio dostępny w:

Spreaker Spotify Podcasts YouTube