Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Czlowieczenstwowbudowie

Człowieczeństwo w budowie i jego zagrożenia jako ukryty potencjał zmian

Maya Deren (z urodzenia Eleonora Derenkowska), w jednej ze swoich przełomowych dla zachodniej kultury książek (czyli w Polsce nieznana), dopuściła się stwierdzenia, że „Żaden człowiek nigdy nie był świadkiem chwili, w której rozpoczyna się̨ życie. To w momencie kiedy ono się kończy, jego granice, a przez to i ono samo, manifestują się najwyraźniej. Śmierć, czyli kraniec, poza który życie nie sięga, nakreśla pierwszą granice istnienia. Stąd też dla człowieka koniec jest początkiem: warunkiem, dzięki któremu po raz pierwszy uświadamia sobie, że żyje. Śmierć jest pierwszą i ostateczną definicją życia. Po fanfarze na cześć początków kosmosu następuje główna fuga. Rozpoczyna ją lament żyjących nad umarłymi; a głos, który rozprawia o podstawowych sprawach: życiu, miłości i tworzeniu rodzi się̨ z otchłani, podobnie jak ciało powstało i ciągle rodzi się̨ z głębokich mórz chaosu.”

Namysł i doświadczenie własne w odniesieniu do podejmowanej kwestii pozwalają mi postawić tezę, iż realne i przejmujące zagrożenie, to w istocie warunek konieczny dla możliwości zachowania człowieczeństwa.

Moim zdaniem, rozbicie jedności istoty człowieka stanowi nieodzowny warunek dla jego dalszego istnienia, dla możliwości symbolicznego przechodzenia każdego fulkrum w procesie utożsamienia i integracji na jednym poziomie oraz procesu dysocjacji i asocjacji na kolejnym poziomie rozwoju, jednocześnie integrując wszystkie ‚niższe’ poziomy.

Zwyczajowo przyjmujemy, że fulkrum wprowadza nas na poziom ‘wyższy’, ale to wyłącznie metafory, właściwe sobie opisy stadiów rozwojowych, popełniane w odniesieniu do realnego terytorium, w którym pojawiają się wszystkie możliwe jego warianty i przypadki. Łącznie z tymi niekoniecznie przez daną osobę zakładanymi, nieuświadamianymi. Chodzi mi o wszelkie ‘pomyłki’, o fałszywy rozwój i oświecenie i wiele innych dróg wiodących na przysłowiowe manowce. W rzeczywistości pomyłki są nader częste. Myląc mapę z terytorium, zwyczajnie nie zauważamy jak wiele razy ‘błądzimy’ zanim uzyskamy satysfakcjonujący nas efekt. Rozwój jako taki również, a nawet zwłaszcza w odniesieniu do struktury tak wysoce złożonej jaką jest ‚człowieczeństwo’, przejawia charakter ewolucyjny. Oznacza zatem konieczność podejmowania niezliczonej liczby prób, zatem rownież i przyjęcie perspektywy błądzenia na drodze do stawania się lepszym. Wyznacza nieodmienność przechodzenia przez prostsze, do bardziej złożonych form przejawień. Definiuje również niezbywalność doświadczania wartości przedsiębranych zmian i testowania ich kruchości w drodze do osiągania tego, co relatywnie trwałe. Relatywnie, bo człowieczeństwo nie jest skończone. Przeciwnie – jest niekończącą się metamorfozą. Jest zmianą treści i formy, którą chyba tylko my – ludzie, możemy w swym zadufaniu w unikalność oraz wyjątkową wartość, odnosić wyłącznie w pryzmacie naszych własnych, osobistych i gatunkowych losów, jako punkt odniesienia, a z perspektywy nieodkrytej wciąż przez nas skończoności Wszechświata, zapewnie wyłącznie naszej własnej axis mundi – czasem dumy, a czasem pychy człowieczeństwa.

Dywinacja, czyli przepowiadanie przyszłości, to jeden z najstarszych znanych ludzkości sposobów na ‘odczytywanie’ świata, w którym żyjemy i jednocześnie jedna z najstarszych profesji w ogóle. Nasze istnienie w świecie wydaje się być oparte właśnie o mechanizm dywinacji – na bazie elementów znanych – komunikatów ukrytych w naturze i kulturze, odkrywając i jednocześnie interpretując je wszystkie, podejmujemy decyzje w odniesieniu do najbliższej i dalszej przyszłości nas samych, ale też świata wokół nas. Dokładność i zakres takich/tych przepowiedni zwykle uzależniony jest od cech charakteryzujących osobę przepowiadającą. Jej interpretacje będą skorelowane z doświadczeniem i wiedzą, jakimi dana jednostka dysponuje, ich różnorodnością i poziomem zgłębienia, oraz z umiejętnościami kojarzenia, często odległych od siebie faktów i informacji w sposób spójny i dający szansę weryfikacji przedsiębranych założeń i przewidywań. Oczywistym w związku z tym staje się fakt, iż interpretowanie w odniesieniu do niepełnych danych, na dodatek zbieranych wybiórczo i najczęściej intuicyjnie, nie może zwracać informacji prawdziwej. Co najwyżej w jakiejś części przepowiednie mogą się sprawdzać. Tutaj też można wpaść w pułapkę dostrzegania jedynie ‘trafień’ i całkowicie magicznego opuszczania i ignorowania ‘pudeł’, które w matematycznym, czy statystycznym rozrachunku swoją liczbą zwyczajnie miażdżą… Jeśli nie wierzysz - sprawdź stereotypy. Dowolne. Ich mechanizm opiera się właśnie na takiego typu niedoszacowaniu inności, przy dostrzeganych przypadkach ‚stereotypowości’.

Wróżenie ma jednak mimo tego aspekt nader praktyczny. Po pierwsze, wymusza niejako zdolność do możliwie szerokich ujęć rzeczywistości. Wzmaga uważność pozwalającą na dostrzeganie bogactwa zdarzeń i zjawisk, itp., co skutkuje zwiększaniem wiedzy o świecie i o sobie samym. Być może ten drugi element jest najbardziej znaczącym. Samowiedza pozwala adekwatniej przejawiać się w świecie. Z jednej strony uzyskujemy poczucie władzy – wpływu na rzeczywistość nas otaczającą. Z drugiej zaś jednocześnie otrzymujemy informacje, w jaki sposób sobie z tą rzeczywistością radzić dla budowania dobra własnego. Niestety nader często doświadczyć można mankamentów stosowania tego mechanizmu. Przyjęcie go za ‘prawdziwy’ i skuteczny, czyni zeń obosieczny miecz. Tę drugą stronę ostrza stanowi brak możności wyrwania się spod ‘władzy’ przepowiedni, które tworzymy. Przyjmując je za prawdę, przyjmujemy ich niezmienność. Sami czynimy sąd nad sobą. Zapewne stąd biorą się między innymi kłopoty z tzw. niską samooceną. Przyjmujemy za ‘prawdę’ słowa własne i cudze w odniesieniu do nas samych, ale jednocześnie w oderwaniu, nierzadko zaprzeczeniu, złożoności tego co nas tworzy. Nadajemy moc słowom tworzącym mapy nas samych. I z tych szczątkowych i niepełnych informacji budujemy własną tożsamość. Zapominamy o złożoności terytorium, tego-co-jest. To dopiero jest magia…

Tym nie mniej, głoszenie zagłady świata, jego wciąż nadchodzącej apokalipsy, nie traci na ‘wzięciu’ ludzi wszelkich kultur, czasów i miejsc. Wydaje się interesować współczesnych równie mocno, co i naszych antecesorów. W odniesieniu do znanego w logice paradoksu Eubulidesa, w którymś momencie istnienia ludzkości, wizja ‘końca świata’ może najzwyczajniej stać się prawdziwą… Tymczasem, niemalże całkowicie podobnie jak w ciemnych wiekach ludzkości, czarnowidcze wskazywanie zagrożeń i ewentualnego ‘rychłego końca’, stanowi element kulturotwórczy. W każdym razie ma wielkie szanse na wyzwolenie sił reakcyjnych, nakierowanych na działania niwelujące postulowany głosem (nie)omylnej większości ‘zgubny trop’, którym człowiek i społeczeństwo się poruszają. Właśnie w wyniku doświadczenia realnych lub wyimaginowanych zagrożeń, w całkowitym nawet oderwaniu od ich ‘prawdziwości’, która może zwyczajnie nie poddawać się próbom jej mierzenia, zwodzić wyrywkowymi wynikami, fałszującymi obraz ‘całości’, chociaż jednocześnie każącymi nazywać siebie ‘całością’. Nawet wtedy dokonuje się cud przemiany, święta metamorfoza, przeistoczenie i przejście: z mniejszej i niepełnej, w większą, bardziej złożoną i bardziej/więcej ogarniającą adekwatność chwili kolejnej i… kolejnej. I jeszcze następnej... Wszechświat zdaje się przejawiać jako prawdziwszy w działaniu, niż poprzez przeżywanie go w myśleniu, czy wyrafinowanej kontemplacji. Tak długo jednak, jak myślenie i przetwarzanie w wewnętrznych wymiarach człowieczeństwa nie sprzeciwia się nieustającej zmienności świata-w-działaniu, tak długo może stanowić o kierunkach wykonywanych ruchów i jednocześnie utwierdzać w iluzjach tworzenia tego świata.

Zagrożenie utraty człowieczeństwa, posiada realną moc wyrwania człowieka z ułudy totalnej i wszechogarniającej, jak się wydaje ekstazy, w której zatapia się (nie tylko współcześnie) ludzka świadomość, przepełniona egotycznymi zachciankami, w triumfie ich doraźnych spełnień. W powstającej w chwili doświadczenia zagrożenia trzeźwości, ma szansę pojawić się refleksja; w miejsce zatopienia się w zmysłowym zapomnieniu i fałszu, ma miejsce możliwość wyjścia poza krąg znanego, poza siebie samego – wyjścia na tyle daleko, by zobaczyć siebie w odmiennych niż dotąd konstelacjach znaczeń, dając tym samym możliwość wyboru, którego wcześniej nie było. Człowiek władny jest wówczas podjąć decyzję, dokonać wyboru zmieniającego jego los. Ma szansę stać się zarzewiem ognia trawiącego maliznę i nieadekwatność teraźniejszości, czyniąc miejsce dla nowego. Ma szansę stać się zaczynem nowej ideologii która może pociągnąć za sobą rzesze innych – tych znudzonych teraźniejszością i nie potrafiących się już nią nasycić, ale i tych świadomych konieczności zmiany tego z pewnością kolizyjnego kursu, pchającego zawsze ku zderzeniu z rzeczywistością poprzez uzmysłowienie sobie dość prostego faktu, iż człowiek jest zaledwie częścią kosmicznego porządku i jego wiecznej zmiany. Jednocześnie tylko poprzez dokonywanie niekończących się korekt, początkowo ‘jedynie słusznych’ kursów i idei, mamy możliwość cyzelowania naszego człowieczeństwa.

Ostatecznie najważniejsze ludzkie wątpliwości i niepewność, przybierają postać pytań etycznych. Dopiero wyrwanie się z płaskości heterarchicznych układów relacji pozornej ‘równości’ wszystkiego ze wszystkim, pozwala na podążanie w kierunku narastającej głębi (choć jednocześnie zmniejszającej się zajmowanej przestrzeni) układów holarchicznych, umożliwiających wartościowanie złożoności Wszechświata w jego jawnym i odkrytym, ale też i ukrytym (za Davidem Bohmem) porządku, wieloaspektowości i wielowymiarowości.

Stawanie się człowiekiem dokonuje się w nieustającej interakcji z otoczeniem. Interakcja ta nierzadko przybiera postać klasyfikowania zagrożeń, tworzenia map nie tylko nazywających świat wokół, ale w pierwszym rzędzie ostrzegających człowieka na wzór starożytnych żeglarzy o wszelkich znanych zagrożeniach wokół nas. Czasami są to mielizny lub pojedyncze skały wystające z toni morskiej niczym punkty zwrotne w życiu ludzkim. Czasem to wyspy zapomnienia do złudzenia przypominające rzekomo utracony raj… Zdarza się, że mapy te opisują bezwietrzne pustynie – miejsca, w których ‘wyzwoleni od mieć, możemy już tylko być’, parafrazując Zofię Nałkowską z ‚Medalionów’. Niekiedy wskazują na zagrożenia zatopienia się w ‚syrenim śpiewie’ – ideach, za którymi podążając ciałem i umysłem, oddalić się możemy od tego co ludzkie, zabrnąć w splątane gąszcza teorii, które często okazują się być drogami wiodącymi ku zatraceniu, bo prowadzącymi do konstruowania kolejnej bomby lub innego środka człowieczej zagłady. Choćby była nim ‚tylko’ utrata wrażliwości na piękno, dobro lub prawdę – przez długi czas za Platonem, uznawane za uniwersalne domeny Kosmosu.

W chwili zagrożenia mogą pojawiać się pytania. Czego bronię tak uparcie w swoim człowieczeństwie? Co czyni mnie człowiekiem? Kim jestem? Albo inaczej – co musiałbym stracić, aby wyzuć się z człowieczeństwa?

Z pewnością nie moralności i etycznych zachowań. Najwięksi kaci i ludobójcy byli wszak częścią ludzkiej historii. Idąc na skróty tym tropem rozumowania i przeskakując (za Teilhardem de Chardinem) noosferę, z wszelkimi wypełniającymi ją ideami nawarstwiającymi się w historycznej trwałości naszego gatunkowego istnienia, tworzonymi w skomplikowanych sieciach neuronalnych naszej jakże delikatnej kory nowej - niczym Leibnitz’owski ‘duch w maszynie’, zakutej w pancerzu ciała - uwagę zwrócić należy na... ciało ludzkie.

Być może ono stanowi granice człowieczeństwa. W dosłowności rozumienia pojęcia granicy, powierzchnia naszej skóry odróżnia każdego z nas, od każdego innego stworzenia lub rzeczy, jakie zauważamy. Jako naturalna linia, jednocześnie oddziela i łączy nas ze światem. Właśnie posiadanie tego jakże charakterystycznego ciała, przydaje nam w pierwszym rzędzie człowieczeństwa. Nie odbieramy przecież prawa do ‘bycia człowiekiem’ nie tylko tym, którzy nie mówią szesnastoma językami, ale i tym którzy ledwie posługują się jednym. Nie odbieramy również człowieczeństwa nikomu kto przypomina człowieka, niezależnie od tego, co i w jaki sposób przemyśliwuje. Czynimy tak w oderwaniu od wyznawanych przekonań, praktykowanych i hołubionych światopoglądów religijnych, politycznych i kulinarnych słabości, gdyż te są zmienne. W niektórych przypadkach mogą nie być nawet możliwymi do wskazania czy określenia, chociażby z powodów śpiączki i innych ciężkich przypadłości zdrowotnych. Podobnie zresztą jest w przypadku osób kalekich w swojej cielesności – ich zewnętrzna ‘niekompletność’ nie zubaża wszak ich człowieczeństwa. Nie chodzi tu jednak wyłącznie o kwestie morfogenetycznego podobieństwa. W znaczącej części społeczności ludzkich honoruje się bowiem cielesność nienarodzonych – przez całkiem długi czas nie przypominających kształtem człowieka. Uznanie ich człowieczeństwa nie przeszkadzało i nie przeszkadza i dzisiaj w zabijaniu poprzez tzw. ich ‘usunięcie’. ‘Usuwamy’ jednakże także i poczętych i narodzonych – matki i ojców, synów i córki – innych nas samych – najczęściej w wojnach w imię świętości, prawdy, pokoju…

Może jednak nie jest tak źle, jak się wydaje. Może w istocie naszych ludzkich zmagań, bronimy się przed wcale nie tak bardzo okrutną prawdą o nas samych – prawdą mówiącą o złudzeniu istnienia ego, jako ‘prawdziwych nas samych’ i konsekwencjach przyjęcia tej iluzji za prawdziwą i niepodważalną?

Może zatem czas wytłuc po kolei wszystkie zwierciadła, skrzywiające nasz obraz własny w procesie samopostrzegania? Krzywe zwierciadła oddają rzeczywistość swoją pokrzywioną miarą. Ale, czy unicestwiwszy wszelkie zwierciadła będę zdolny dostrzec siebie, swoją prawdziwą naturę, istotę? Wszak oko nie widzi samego siebie… Niektóre praktyki Dalekiego Wschodu mówią, że nie tylko jest to możliwe, ale że również wyłącznie owo zapomnienie się w egoizmie, pozbycie ułudy self/I AM’ness wiązanej z ludzką pamięcią, doświadczeniami, umiejętnościami i myślami, etc. – tylko ono wprowadzić może człowieka w stan świadomości niedualnej, którą Abraham Maslow określał ‘świadomością oceaniczną’. Kiedy wszystko jest jednością, znika poznawczy dylemat – dualizm poznającego i poznawanego. Znika obserwujący, obserwowanie i obserwowane. Rozpuszcza się, stając się jednością z chwilą gdy świadomość w miejsce wypierania i odrzucania, zawiera i przekracza; rozszerza się i przechodząc od stanu narcyzmu i egotyzmu, przez etnocentryzm, otwiera się na dosłowność doświadczenia światocentrycznego.

Człowieczeństwo przypomina wspinaczkę na szczyt nieprawdopodobieństwa – jak to określił Richard Dawkins. Utrzymując metaforę szczytu, jako osiągalnego punktu drogi – ta może przebiegać różnymi ścieżkami. Jedne z nich wydają się prostsze, a inne trudniejsze. Niektórzy wybierają krótszą drogę, podczas gdy inni jeszcze, drobiąc w miejscu mniej lub bardziej nieświadomie skazują się na niemożność osiągnięcia szczytu. I tak, jak w metaforze wspinaczki na szczyt w odniesieniu do zmian genetycznych, również nasze ludzkie drogi - wybory, działania i ich zaniechanie, mogą prowadzić nas na manowce, do nikąd. Także różnymi drogami/sposobami, możemy dochodzić do tych samych miejsc i celów.

Wierzę, że wysiłek wszystkich ludzi i każdego człowieka z osobna wpływa na kształt naszego człowieczeństwa. Hołduję teorii paradygmatu holograficznego. Swe przekonania opieram o liczne doświadczenia potwierdzające jego słuszność w obszarach pozornie odległych, nacechowanych osobliwymi językami i retoryką opisu świata – w zasadzie nawarstwiających się światów materii nieożywionej, żywej tkanki budującej nasze człowieczeństwo, ale także noosfery i przestrzeni ducha.

Podstawową właściwością hologramu jest to, iż każdy, najmniejszy nawet fragment oddaje jego całość. W odniesieniu do humanistycznych wartości, oznacza to, że wszyscy bez wyjątku pracujemy nad kondycją ludzkości. I jeśli tylko przywoływana teoria prawidłowo odwzorowuje rzeczywistość nas otaczającą, mimo stanowienia kolejnej mapy opisującej terytorium, daje nadzieję i wlewa w moje serce otuchę. Wiążę je z bardzo prozaicznie być może rozumianą żywotną zasadą bycia człowiekiem, jako poszukiwaniem i dążeniem do głębi człowieczeństwa nie poprzez rywalizację, do jakiej zmusza niejako współczesny świat, ale poprzez współpracę. Może to zakrawać o naiwność, ale sensu nabierają wówczas działania, których nikt inny nie musi zauważać. Ma sens nierzucanie śmieci nie tylko gdy ktoś patrzy i nie wypada. Sens bycia zmianą, której oczekuje się od świata - jak powiedział Mahatma Gandhi i innych, wynika przede wszystkim z siły zmiany samego siebie, bez oglądania się na innych. Bez rywalizacji płynących z porównań. Jak wyglądałby świat, jak wysoko ocenialibyśmy kondycję naszego człowieczeństwa, gdybyśmy wszyscy ‘robili swoje’? I robili to najlepiej jak potrafimy? Myślę, że na tak postawione pytanie jest w istocie tylko jedna odpowiedź – już teraz tak robimy. Bo nie portafiac żyć, jak chcemy, żyjemy tak, jak potrafimy. I każde ‘teraz’ wymyka się upraszczającej obiektywności oceny jakości człowieczeństwa. Rzekoma obiektywność wywodzi się od dosłowności obiektywizowania czyli zamiany na obiekty. Uprzedmiotowienie podmiotowości człowieka dokonuje się, gdy jego nieskończoność i różnorodność zamieniamy na metafory i opisy. Tworzymy mapy i w zapatrzeniu w ich piękno i subtelność, gubimy obraz całości, wprowadzamy w miejsce bogactwa różnorodności statystyki...

Chwila przed śmiercią może stanowić moment olśnienia. Może dać iluminację odkrywającą sens i złożoność Kosmosu, w którym w potoczności i powtarzalności codzienności widzieliśmy jedynie wybrane aspekty i zdarzenia. Kiedy opada zasłona tajemnicy – wszystko staje się jaśniejsze, jeśli nie jasne w ogóle. Doświadczyć można wówczas innego rodzaju spokoju, będąc poza czasem z jego linearną konwencjonalnością. Można doświadczyć ciszy w której dźwięk, kolor, smak i inne zmysłowe wrażenia stają się już nie tłem komunikacji, ale jej żywą treścią.

Zdaniem wielu, zakosztować możemy wówczas wyzwalającej prawdy. Im większe, bardziej przejmujące i realniejsze jest zagrożenie człowieczeństwa, tym silniej możemy doświadczyć jego dla nas wartości. Niczym ziarno rzucone w glebę, mamy szansę na zrzucenie łupin powierzchowności i skoncentrowanie się na życiodajnym wnętrzu, które asymilując się z otaczającym światem, pozwala wzrosnąć w nim, wydać plon. Kuriozalnie, być może chodzi tu nie o ideały ludzkie, o sztukę czy naukę jaką człowiek wytworzył. Może chodzi właśnie o materiał genetyczny, jako podstawowy budulec życia jakie znamy? Żyjemy w czasach lotów kosmicznych, ale i ‚(od)lotów’ psychodelicznych. Może prawdziwymi są doświadczenia Michaela Harnera, światowej sławy antropologa i jednocześnie obrońcy i propagatora szamanizmu we współczesnym świecie, który po zażyciu ‘wina duszy’ podanego mu przez Indian z plemienia Conibo, doświadczył wizji, w której ptasiogłowe stworzenia przypominające smoki, z uwagi na fakt jego dosłownego umierania, zdradziły mu sekret mówiący, że człowiek został stworzony po to by przechowywać materiał DNA, który na Ziemię przywędrował z otchłani Kosmosu. Jakkolwiek brzmi to nieprawdopodobnie, również niektórzy nobliści snuli podobne teorie i przypuszczenia. Na przykład - Francis Crick i jego teoria panspermii. Tę ukuł już po tym, kiedy będąc w narkotykowym ‚tripie’ po zażyciu LSD (do czego przyznał się dopiero w wieku bodajże 92 lat), ‚zobaczył’ helisę DNA...

Jest powiedzenie, które mówi, że ‘słowa uczą, przykłady wychowują’. Może właśnie o to chodzi, by wychowywać własnym przykładem. By nie tworzyć kolejnych pełnych subtelności map opisujących terytorium, ale być możliwie blisko terytorium. Może w moim przypadku chodzi o to by pedagogia była życiem a nie tylko samym o nim myśleniu i mówieniu?

No, to pojechałem!
Strach pomyśleć, co byłoby, gdybym wcześniej się napił...

Halo! Jesteś?

{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}

Blog w wersji audio dostępny w:

Spreaker Spotify Podcasts YouTube