Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Wedrujacemiasto

Wędrujące miasto

Do wszystkich znanych mi dotychczas form spędzania wolnego czasu - szumnie zwanego odpocznieniem od dzieci, dołożyłem właśnie nowe, ciepłe jeszcze wspomnieniem, doświadczenie. Brałem udział w procesie twórczym związanym z tworzeniem spektaklu, którego premiera odbędzie się całkiem niedługo, bo już w kwietniu. Nie wiem gdzie dokładnie - Twórcy powiedzieli, że przyjdą wszędzie, gdzie ich zaproszą. Nie bardzo wiem nawet, jak grupa się nazywa… Ale, co tam! Praca twórcza swoją wartość ma i kropka.

Zaczęło się niewinnie - od polecenia Ukochanej, która znalazła ogłoszenie o warsztatach w toruńskim Teatrze im. Wilama Horzycy. Jakby nie było - to instytucja z dobrą historią i tradycjami. Zapisałem się.

Potem było już tylko ciekawiej. W końcu, czyli dwa dni później, coś zaczęło się dziać. Najpierw podpisałem zgody na bycie sławnym. Pan Fotograf był jakoby kontent. Był też PanOdDźwięków. Nie zwykły dźwiękowiec, ale taki niezwykły - interesowały go dźwięki, nie tylko artykułowane oddechy. Czad! Oczywiście jemu także pomogłem...

Ale całość, w której uczestniczyłem, była częścią większej całości. Byłem holonem, sic! Tak w ogóle, to było dość dziwne uczucie, bo w mojej grupie warsztatowej różnica wieku między mną a starszymi ode mnie, była większa niż między mną (rocznikowym pięćdziesięciolatkiem) a Twórcami spektaklu, do tworzenia którego zgłosiliśmy się uczestnictwem w tych warsztatach.

Te polegały, mówiąc ogólnie, na wypracowaniu naszych własnych pomysłów, zgłoszeniu przemyśleń, podzieleniu się informacjami i doświadczeniami w odniesieniu do tytułowego Miasta - Mazaganu.

Ja sam nazwałem je 'wędrującym miastem', bo początkowo leżało ono w Afryce, gdzieś na obrzeżach Maroka, ale potem wywędrowało do jednej z Ameryk - tej Brazylijskiej.

Pierwsze zadanie jakie postawili przed nami Twórcy polegało na tym, aby zabrać na warsztaty dwa przedmioty, które będą symbolizowały, czy też wiązały nas w jakiś sposób z domem. Ktoś przyniósł fartuch - swoją kuchenną zbroję. Ktoś inny węgiel, symbolizujący kamień węgielny dla domu, ale i dla samego miasta. Była też łyżka stołowa, jako symbol stołu, którego nie dało rady przynieść (jako jednego z domowych 'ołtarzy'). Była też odciśnięta dłoń wnuczka; pamiątka po zmarłej żonie w postaci podświetlanej bryły z zatopionym obrazem twarzy ukochanej…

Uczestnicy warsztatów opowiadali, dlaczego zabrali te właśnie przedmioty. Mnie samego myśli doprowadziły do całkiem ciekawych refleksji. Gdzieś w synaptycznym przebłysku pojawił się w mej głowie myślowy amalgamat. W nim zaś wspomnienie mnie samego sprzed lat trzydziestu, mówiącego 'dom mój jest tam, gdzie głowę do snu kładę'. Zobaczyłem też wędrujących żołnierzy Imperium Malazańskiego - książki, o której wspominałem całkiem niedawno (i rzewnie) na blogu. To podsunęło mi właśnie myśl, że Mazagan jest 'wędrującym miastem'. Przemknęło mi przez głowę, że to dość oczywiste i raczej mało zaskakujące - formalnie wszak żyjemy w migrującym świecie. Ja sam nie mam zaś oporów by wybiegać na przód i w kolejnych zawarciach i przekroczeniach - tych holonach tworzących holarchie, przechodzić od ego- przez etno- i światocentryzm i przeć głębiej, wyżej, dalej ku… przyszłości. Ale takiej, która niekoniecznie trwa na Ziemi… W zderzeniu z deskami sceny, na której siedzieliśmy, na powierzchnię świadomości wypłynął także i ten fakt, że z wszystkich rzeczy, o których mogłem pomyśleć, jako o symbolach domu (o rodzinie nie wspominając) zabrałem ze sobą… poduszkę do spania i kubek. Ten ulubiony, do kawy. Normalnie, jak na ‚wędrującego z miastem’ przystało :)

Wiem, że czytając to, co napisałem, wszystko to jest blade, słabe i małe, ale w tamtych chwilach tych cudnych eksplozji w mojej głowie, wszystko to było całością mnie i wszechświata; jednością, dopasowaniem i sensem. Miałem poczucie właściwego miejsca dla wszystkiego - całkiem fajne uczucie szczytowania (od tzw. 'peek experiences' stojących u podstaw psychologii transpersonalnej).

Przysłuchiwałem się temu, co mówią inne osoby, i pomyślałem, że to co nas wszystkich łączy, to nie jest pamięć - a znakomita większość zebranych opowiadała historie miejsc, rodzinnych domów, przedmiotów, zapachów i smaków dzieciństwa. Pomyślałem, że pamięć, wpleciona w nasze biografie, inna i bardzo podobna jednocześnie, nie jest wcale tym spoiwem. Dużo bardziej jest nim świadomość. Bo to ona, pozwoliła nam uchwycić te wszystkie historie, wszystkie sprawy, miejsca, przedmioty i ludzi. To ona pozwoliła nam docenić ich wartość, połączyć w przestrzenną i czasową w całość. To właśnie ona pozwala wyrwać się z okowów pamięci jako balastu przeszłości i zabrać w przyszłość doświadczenie, które pozwoli przyszłość - tę lepszą, budować. A świadomość z przyszłością kojarzy mi się mocno z jasną wizją tego, ku czemu zmierzam, wędrując.

Oczywiście namysł nad tym, co tworzy miasto, co zabralibyśmy ze sobą w podróż do tworzenia miasta w nowym miejscu, był znacząco obszerniejszy niż ten mój wywód. Najlepszym podsumowaniem byłoby stwierdzenie autorstwa hrabiego Korzybskiego, które lubię przytaczać: ‚mapa to nie jest terytorium'. Bo jedyną mapą zdolną oddać całe terytorium z całą jego złożonością jest… samo terytorium. Czyli w tym przypadku warsztaty, w których uczestniczyłem.

Fajne jest to, że mogłem pomyśleć inaczej. Również i to, że mogłem wędrować z innymi, pośród różnorodności ujęć, pragnień i ograniczeń - i czuć się z tym dobrze. Tych różnic było całkiem sporo. Przykładowo, znalazły się osoby, które do budowania miasta chciały zabrać święte księgi swojej religii, podczas gdy inne proponowały nasiona, narzędzia, wiedzę, jak z nich skorzystać. Ciekawym było też doświadczenie odmiennej perspektywy czasowej. Jedno z postawionych nam zadań polegało bowiem na przedstawieniu przyniesionego ze sobą przedmiotu - bez podawania jego współcześnie znanej nam nazwy, z perspektywy ludzi żyjących w roku trzytysięcznym, w formie ujęcia muzealnego obiektu, który oparłszy się upływowi czasu i niszczycielskim siłom człowieka współczesnego, dotrwał do tej (tamtej?) chwili. Jako niespełniony autor nienapisanej nigdy książki 'Dokąd jeżdżą młode windy', czułem się w tym zadaniu, jak ryba w wodzie :)

Fajne jest także to, że tak naprawdę nie wiem, jak spektakl będzie wyglądał. Ile będzie miał warstw? Jak zostaną ograne widziane przeze mnie, słyszane i doświadczone w czasie warsztatów historie i wydarzenia. I które treści - tych było wszak sporo - z ponad dwóch tygodni spotkań z ludźmi w różnym wieku (dzieci i osoby dojrzałe), w różnych sytuacjach życiowych (samotni, osieroceni, single, mężatki i mężowie, matki i ojcowie), wykształcenych tak, i inaczej, lub wcale, zostaną spożytkowane?

Napiszę to tak: ta przygoda wciąż jeszcze trwa. I - wedle zapewnień Twórców planowanego spektaklu, wcale tak prędko się nie zakończy. Usłyszałem zapewnienie, że przyjmą każde zaproszenie, by zaprezentować spektakl.

Coś mi chodzi po głowie… :)

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}