Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Zgodanabylejakosc

Zgoda na bylejakość

Według niektórych jest chyba tak: budzę się rano. Sfrustrowany, zatem i krwi żądza wielka. Dzień bez 'rzezi niewiniątek', to dzień stracony. Już planuję, komu rzucę się do gardła. I czy tylko pokąsam - dla zabawy, czy zagryzę...

Tymczasem jest tak, że budzę się... zwyczajnie. Że żyję zmagając się ze światem w nie zawsze równej walce. Czy jest możliwym, że nie wiedząc wszystkiego i dodatkowo będąc ciekawym, mogę chcieć i zadaję pytania, by wyjaśnić kwestie tak ważne, jak oddanie komuś nieznanemu własnego dziecka na czas nie dość określonych zajęć dodatkowych?

Mówi się, że najwięcej problemów okołokomputerowych pojawia się między oparciem fotela a klawiaturą. Stąd wzięło są pojęcie 'uży-szkodnika'. Być może, w triadzie rodzic - dziecko - przedszkole (jako instytucja), ten pierwszy postrzegany jest jako taki ‚uży-szkodnik’ właśnie. Oczywiście nie przez dziecko. Dzieci kochają bezwarunkowo swoich rodziców. Lecz z racji swojej bezradności wynikającej z całkowitego uzależnienia od świata ludzi dorosłych, stanowią niejako wyłącznie tło dla napięć, jakie mogą ujawnić się na linii rodzic - przedszkole lub przedszkole - rodzic.

Czy rodzic może być wrogiem takiej instytucji? Czy staje się nim w sytuacji, gdy zadaje pytania? Albo gdy kwestionuje niektóre z rozwiązań funkcjonujących lub mających wejść do praktyki takiej placówki w zakresie wychowania jego własnego dziecka? Może wtedy, gdy nie podzielając zdania innych rodziców, będąc w mniejszości, sprzeciwia się czemuś, uzasadniając jednak swoją postawę i działanie? |klik|

Z pewnością może być odebrany jako osoba 'trudna.' To zapewne mój przypadek. Kara za czytanie uważne, żeby nie powiedzieć: ze zrozumieniem. Za nieposłuszeństwo, nie pozostanie biernym i ślepo posłusznym. Za dociekliwość, która płynie z potrzeby zrozumienia niezrozumiałego. Bo inni rodzice nie pytają. O nic.

Nie jestem typem osoby rzucającej się do gardła innym. Zwykle też nie doszukuję się dziur w całości. Ale w naturalny sposób, moim zdaniem społecznie akceptowany i stosowny, i z pewnością nie niegrzeczny, nie pozwalam sobie na bierne i bezrefleksyjne podporządkowanie się komukolwiek (osobom czy instytucjom) w odniesieniu do kwestii działań wychowawczych, bezpośrednio dotyczących moich dzieci.

Carl Jung twierdził, że człowiek przychodzi na świat w stanie pleromy, którą rozumiał jako stopienie ducha z ciałem człowieka, w sposób nie pozwalający na wyróżnienie aspektów duchowych (boskich) od dostrzegalnej formy ludzkiego przejawienia. Coś w tym jest, bo dla wielu ludzi nowo narodzone dzieci są całkowicie ‚boskie', pełne i doskonałe. Bez żadnego ‚ale’ zbyt grubego brzucha, za dużego nosa... I jest tak, że nasz rozwój, przejawianie się potencjałów intelektu, wyobraźni, pełni i najwyższych rejestrów humanizmu, dokonuje się początkowo właśnie poprzez rozwijanie fizycznych przymiotów człowieka. Stąd bierze się obecność polisensorycznego kształcenia dzieci. Również w przedszkolach.

Sformułowanie ‚zajęcia sensoryczne' budzi moją ciekawość. Po pierwsze dlatego, że wcale nie tak łatwo wskazać jest innego rodzaju zajęcia, nie angażujące jakichkolwiek zmysłów. Jestem jednocześnie zwolennikiem praktyki integracji sensorycznej w połączeniu z kształtowaniem motoryki małej i dużej, na każdym etapie kształcenia. Okazuje się, że współcześnie całkiem sporo dzieci (moim zdaniem wszystkich ludzi) doświadcza problemów na tym polu. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, a jedną z nich może być... sensomotoryczna deprywacja. Niejako ikonicznym jej przejawem jest uwięzienie dzieci w szkolnych ławach; wielogodzinne katowanie, gwałcenie bezruchem, w czasie sztucznego dowodzenia prymatu psyche nad somą, intelektu nad ciałem, zapewne grzesznym... W szkole nastawionej na nadawanie komunikatów i treści, i egzekwowanie biernej ich absorpcji, całkowitego posłuszeństwa i braku możliwości przeżywania, musi to skutkować, i skutkuje szeregiem problemów.

Deficyty w zakresie nieprawidłowości funkcjonowania układu nerwowego małych dzieci, przejawiające się na przykład w postaci ich niezdarności, nieadekwatności reakcji na różnego rodzaje bodźce płynące z otoczenia, mogą mieć charakter wrodzony. W ubogim w tym zakresie środowisku - mało różnorodnym co do jakości i ilości bodźców, dysfunkcje takie mogą się ujawniać, ale też i wzmacniać. Mogą być także skutkiem przebodźcowania... |klik|

W potocznym rozumieniu wychowania i zdrowej jego egzemplifikacji, w zasadzie nie powinny pojawiać się żadne specjalne problemy na tym polu. Tym nie mniej profilaktyka jest jak najbardziej wskazana. Dużo bardziej opłaca się działać uprzedzająco, niż ponosić ewentualne skutki zaniedbań. W przypadku zaś osób z deficytami, wskazana jest ich kompensacja.

Zajęcia tego typu są atrakcyjne dla dzieci i odbierane zwykle jako ‚przyjemne'. Co najważniejsze - budują nie tylko cielesne przymioty, ale wpływają na dobrostan całej osoby. Poniekąd wspominałem już o tym na blogu, opisując nasze wakacyjne przygody w czasie pobytu na wsi. |klik|

Przyznam się, że zawsze kiedy tylko nadarza się okazja - korzystam. Robię sobie - przepraszam za wyrażenie - rekolekcje ‚z ciała i cielesności’. Mogą to być warsztaty, zajęcia jogi... Lubię wracać do takich ‚rzeczy i spraw pierwszych', do podstaw. W świecie przeżywanym w myśleniu, zapomnienie ciała jest całkiem realnym zagrożeniem. Na szczęście, z upływem czasu człowiek nie traci automatycznie kompetencji w odniesieniu co do ciała. Te można pielęgnować, wzmacniać i rozwijać.

Wracając do przyczynku tych dywagacji - niezależnie od niefortunności sformułowania 'zajęcia sensoryczne’, pytanie o szczegóły tych zajęć jest dla mnie całkowicie naturalne i uzasadnione. Co ciekawe, nie skomentowałem w żaden sposób faktu pouczania mnie, jakkolwiek w trybie informowania, o przysługującym mi prawie do nie wyrażania zgody na udział mojego dziecka w proponowanych przez przedszkole zajęciach dodatkowych. To trochę tak, jakbym poinformował Ciebie teraz, że nie musisz czytać tego bloga...

Słów mi brak. Nie mniej po instytucji odpowiedzialnych i profesjonalnych działań opiekuńczo-wychowawczych, mam prawo oczekiwać informacji rzetelnych i rzeczowych. I wypraszam sobie jakiekolwiek fochy czy emocjonalne uniesienia w sytuacji zwrócenia uwagi na nieprecyzyjność i niejednoznaczność w przedłożonym mi dokumencie (ten zawiera wszak tytuł, datę, miejsce na podpis pod oficjalną zgodą). ‚Jakoś’ i ‚jakość’ w zapisie różni jedna litera. W znaczeniu zaś - dzieli przepaść.

Nie chcę wyrażać zgody na bylejakość!

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}