Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Marcowejciagdalszy

Marcowej, ciąg dalszy

No co? Udało się! Po wielokroć i na różne sposoby.
To dlatego, że sprawnie spakowawszy najpotrzebniejsze i niezbędne, udało się nam zmieścić wszystko w aucie. Napiszę to tak: kierowca musi mieć swobodę ruchów. Reszta pasażerów tyle szczęścia nie miała. To jednak ograliśmy jazdą w nocy, podczas której nieletni zasnęli. Kolcem tej róży, była niechciana przez dzieci pobudka w środku nocy i nadaktywność wywołana nagłym widokiem dwumetrowych zasp śnieżnych, hałd materiału na bałwanki, placów zabaw wszędzie... Takie widoki leczą ze zmęczenia nie tylko dzieci. I dobrze! W takim czasie i miejscu uwolnienia od codzienności domowych pejzaży i obowiązków, odpoczywaliśmy ciesząc się innością.

Plan był dość prosty - skorzystać, ile się da. Razem.

W moim przypadku jazda na nartach przypomina jako żywo historię ‚czterdzieści dziewięć pierwszych randek’ odwołując się do pewnej romantycznej komedii. Nie ustaję jednak w wysiłkach i zaangażowaniu równie mocno, jak w zakochaniu :) Starszaki za to, są w zasadzie samodzielne na stoku. W tym roku nie wyszło, ale największy komfort mamy wtedy, gdy jedziemy na rodzinny wyjazd tuż po zimowym obozie dzieci. Przynajmniej takie mamy doświadczenia. Większy spokój nas rodziców, korelujący z pewnością umiejętności i przeżywaną radością naszych młodych narciarzy, łączonymi z ‚marnowaniem’ czasu przez konsumpcję stoków.

Narty, to również pierwsze triumfy naszej Zojci. Po wstępnym przygotowaniu przez Mamę i Tatę, Zojca pobierała nauki na prawdziwym stoku z wyciągiem. Jej gotowość do podjęcia tego wyzwania była optymalna: cieszyła się wszystkim, pokonywała wszelkie trudności z uśmiechem, nabywała umiejętności. Ot, jeszcze jedno szczęśliwe dziecko! No, i kolejni dumni rodzice :)

Gajcia patrzyła na starszą Siostrę z podziwem i szacunkiem. Chyba jednak bez zazdrości, bo deklarowała swoją gotowość do narciarskich przygód w przyszłym roku. Pewności nie mam, bo widać było, że także chciałaby. Tyle, że nie czuła się jeszcze gotową. Zojka traktowała ją równie poważnie - obiecała, że powie Dziadkowi, i ten kupi narty także Gai. Trzeba się wspierać!

Nosy mroziliśmy nie tylko na stokach. Dzieciaki szalały na małych górkach przy naszym domu. Robiły dokładnie to wszystko, co każde dziecko powinno robić zimą. Oprócz jazdy na łyżwach - nie widziałem żadnego lodowiska, a naturalne akweny były zbyt strome... Udało się nawet nie zgubić żadnej czapki i rękawiczki. To zgoła inaczej niż moje własne zimowe wspomnienia z dzieciństwa.

Rozgrzewaliśmy są w termalnych wodach, tu i tam. Nazw nie podaję, bo mówiąc - z pełnym przekonaniem o termach ‚Tucholskich’, czyniłem więcej konfuzji niż pożytku. Oczywiście budząc tym salwy śmiechu...

Udał się nam także nocny kulig w sań kilka. Przy kilkunastostopniowym mrozie, taka wycieczka z małymi dziećmi, to nie lada wyzwanie. Co tam dzieci - znam takich dorosłych, co marzną pod ciepłym prysznicem... Pomogły kremy, termofory i ciepłe okrycia. Resztę ‚załatwiły’ sanie ciągnięte przez konie. Tyle, że ognisko po zakończonej przejażdżce było najkrótszym, w którym uczestniczyłem. W sumie - bez żalu, bo temperatura znacznie się obniżyła... Zdążyliśmy jednakoż zaśpiewać ‚sto lat' przyjacielowi i wujkowi w jednym, z którym to niespodziewanie dla wszystkich wylądowaliśmy w nieodległych miejscowościach, dzięki czemu udało się nam świętować wspólnie. Było zjawiskowo!

Udało się nam także 'załapać' na pogodę z krystalicznej przejrzystości powietrzem i zapierającymi dech widokami. Kontemplacja w takich momentach jest dosłownie łatwiejsza niż oddychanie.

Pomijając konieczność posiadania grubej karty płatniczej (nasza schudła znacznie) i całkiem potężnej sakwy na pieniądze (nie wszędzie można było płacić kartą/zbliżeniowo), udało się nam zrealizować pewien plan. Rozstrzygaliśmy - jeszcze przed przyjazdem w góry, kwestie naszych obiadów. Przy sześcioosobowej rodzinie to żadne ‚hop-siup', a poważna sprawa. Gotowanie zajmuje sporo czasu - tego najcenniejszego, bo wolnego, urlopowego. Zatem: odpada. Jedzenie ‚gdzieś-tam'? To również rozwiązanie nieoptymalne. Powód dość trywialny - na pomysł spędzania czasu w takich ‚pięknych okolicznościach przyrody, i niepowtarzalnej' wpadła reszta świata. W każdym zaś razie ta jego część, która skutecznie zapycha wszelkiej maści jadłodalnie. Dokładnie ta, która sprawia, że kolejki i czas oczekiwania na zamówione dania jest nieznacznie tylko odróżnialny od wieczności.

Chciałabyś/chciałbyś - wbrew sobie, bo ze zrozumieniem przyczynków, pacyfikować naturę nudzących się przedłużającym oczekiwaniem dzieci? Ja mam odruchy wymiotne już na samą myśl o konieczności kolejnego rozbierania i ubierania ‚na cebulę’ naszych najmłodszych...

Wybawieniem od tych konkretnych dylematów i pułapek, było przywiezienie ze ze sobą zamrożonych zestawów żywieniowych. Warzywno-pożywne, z wkładką. Do przygotowania na szybko i w ‚międzyczasie’, czyli gdzieś przed-po jakichś aktywnościach.
Taki 'oldschool'. Jak dla mnie - super sprawa!
A ponieważ ‚kasa’ musi się zgadzać - zaoszczędzone pieniądze spożytkowaliśmy na inne atrakcje, ciesząc się zimą w górach.

Bardziej!
Dłużej!
Mocniej!

Zdjęcie w nagłówku prezentuje widok z naszej toalety. Zdjęcie tego nie oddaje, ale można było zapomnieć po co się tam przyszło...

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}