Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Miara świąt

Miara świąt

A gdyby tak.. święta na miarę?
Ale czego? Ha! Pytanie zasadne, bo dawno już minęły czasy 'miary możliwości'. Jest jeszcze ‚miara potrzeb’. Dominuje zaś 'miara chęci'. Niestety... Może nawet nie mam racji i z tym pierwszym. Wszak tradycyjna na TE święta, to jak nie ma dwunastu potraw, to podobno święta niezaliczone...

Świat w miejscu nie stoi. Jednymi ze zmian są i te, że trudno teraz kupić cokolwiek bez opakowania, które w prosty sposób możnaby zutylizować, albo używać po wielokroć... I tak może okazać się, że rezygnacja z dwunastu potraw, to i tak 'pikuś' przy tym ekologicznym wyzwaniu.

Bo w tle mamy wyraźne 'tik-tak'. I nie to, zbliżające nas do Nowego Roku - tego słodkiego bobasa, którego tak wielu robi w ‚konia’, oszukując przy okazji siebie.
Mam na myśli 'TIK-TAK'. Wszak datę ekologicznego armagedonu, który zmieni znany nam świat już na zawsze - widoczną z perspektywy współcześnie żyjących - znamy już całkiem dobrze. Widać już wyraźnie ten punkt-bez-powrotu.

Może zatem miarą świąt może być umiarkowanie? W jedzeniu i piciu. Statystyki pokazują, jak mniej zdrowi i co raz to bardziej otyli się stajemy. Również umiarkowanie w prezentowym szale. Może we wszystkim?

Skala takiej miary? Nie pytam ile podarków w Twoim domu się znalazło, ile kto czego zjadł i wypił. Tym bardziej nie pytam o niewymierne. Jakkolwiek wydaje się, że żyjemy w erze nagminnego hołubienia post-prawd, nie można zabronić ludziom wiary i w to, że grudzień na północnej półkuli jest typowym czasem wypasu bydła przez pasterzy. Kosmiczne zachwyty i inne takie dla zabieganych, tylko ludziom zabobonów mogą wydawać się równie niewymiernymi. Odważy się ktoś porzucić zdobycze technologii i medycyny, bo wszystko to marność nad marnościami? Nie sądzę...

Proponuję - już bez dygresji - stworzyć nową miarę świąt. Możliwie najprostszą, zrozumiałą dla większości, jeśli nie wszystkich - co nie znaczy, że do uznania przez wszystkich. Także znaną i co ważne - mierzalną. Jej jednostką proponuję uczynić... worki.
Dobrze czytasz - worki. Na śmieci zmieszane, plastki i tworzywa, papier. Również i na szkło, o ile tak właśnie konfekcjonowane...

Nasze święta były udane. Nasze. Ciepłe. Spokojne. Również na miarę. Bez zbytku i nadmiaru. Były pełne. Wynik?
Przedświąteczny tydzień, święta w dziewięć osób (plus dwie wigilijne) i przygotowanie do Sylwestra zamknęliśmy w 3. workach śmieci zmieszanych, 1. worku żółtym i połowie niebieskiego. Szkło wrzucam do specjalnego pojemnika. Uzbierałem jedną butelkę i kilka słoików, z których część zostawiłem na targowisku, u ‚naszej pani' od nabiału.

Nie tyle chwalę się, co cieszę. Ze śmieciami w 'gorącym’ świątecznym okresie zmieściliśmy się w okolicy naszej zwyczajowej tygodniowej liczby worków. Zwykle to 'czasem jeden, czasem dwa'. Udało się nam zmieścić w górnej granicy tej swoistej normy. I to w poszerzonym składzie rodzinnym.

Napiszę to samo nieco inaczej. Mamy w kamienicy dwa kubły na śmieci dla sześciu rodzin. Takie niby 240L. ‚Niby’ dlatego, że takich worków jak nasze, 'wchodzi' do każdego z nich przynajmniej z dziesięć, chociaż patrząc na nominalną objętość, winno wyjść maksymalnie osiem. Na dwadzieścia takich 'strzałów' w każdym z dwóch opisywanych tygodni, udało mi się raz w pierwszym i raz w drugim. Kolejne worki, nie tylko nasze - chociażbym chciał - nie zmieściłyby się. I to tak bardzo, że ten trzeci nasz worek musiałbym zamieścić na czubku tradycyjnej świątecznej dwudziestopierwszowiecznej choinki. Takiej metrowej piramidy nie dość zdyscyplinowanych śmieci na wierzchu kosza...

Skoro zwykle 'wyrabiamy' się w kubaturze naszych koszy - nie zawsze, ale chyba częściej niż rzadziej, to resztę w odniesieniu do opisanej sytuacji trzeba dośpiewać. Oczywiście na melodię kolędy jakiejś. Może istnieje związek między głośnością tego śpiewania, a ilością śmieci w kubłach? Zauważyłem, że śpiewający nie zwracają uwagi na rosnące hałdy. Generalnie wszędzie się ze śmietników wylewa. I śpiew ten szczególny słychać wszędzie. Reguła jakaś, czy koincydencja?

Ktoś mógłby rzec: a kto bogatemu zabroni? Odpowiedziałbym: ja! Również! Bo ekologiczna hekatomba, punkt zwrotny w historii Planety został już wyznaczony w horyzoncie przyszłych zdarzeń. Ma znaczenie jakie objętości, jakich śmieci i czy sortowanych generuję. Również wtedy, gdy nikt nie patrzy, nie widzi i nie wie. I tak, jak prawdopodobnie i Ty na mnie, ja chciałbym móc liczyć na Ciebie. I na każdego innego.

Pomyśl o tym! Poszerz! Działaj! Umiarkowanie nie musi oznaczać biedy a jedynie i aż rozszerzającą się świadomość, zatem i odpowiedzialność, zawieraną i przekraczaną w kolejnych (kolbergowskich) wymiarach, o których na blogu już wspominałem - od egocentryzmu, przez etnocentryzm do światocentryzmu. Bo moim zdaniem, właśnie ta miara - odpowiedzialności za ten nasz nie tylko ludzki świat, za całą Planetę, jest właściwym świadectwem naszej gatunkowej doskonałości, w odróznieniu od uznania słuszności prymatu siły nad, jakoby ‚gorzej’ rozwiniętymi, ale też niezdolnymi do upośledzenia Planety gatunkami zwierząt.

Miarkuj się, kto może!



P.S. Nie strzelam w Sylwestra. Od lat w wielu.
Kto zadufanemu zabroni, ha?
Albo naiwnemu...

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}