Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Jakwzegarku

Jak w zegarku?

Dopiero co prężyłem muskuły chwaląc - głównie siebie samego, w bohaterstwie samotnego ośmiodniowego ojcostwa związanego z wyjazdem Mamy naszych dzieci.

Podtrzymuję to! Nie z uwagi na sam fakt, ale na podołanie wszystkim obowiązkom w tym czasie. No, prawie wszystkim... Ale lista tych ostatnich jest / była krótsza niż moja broda. W zasadzie poza jednym uchybieniem ideałowi, wszystkie moje działania lub ich zaniechanie, wynikały z planowania naszej codzienności w czasie. Bo żeby wszystko funkcjonowało właściwie, powinno działać jak w zegarku.

I tu sprawa ciekawa, dla mnie samego dość zaskakująca. Ale tylko w pierwszym podejściu. Bo kiedy tak się nad tym zastanowić - ma to sens i prozaiczne uzasadnienie.

Nie kupuję często gadżetów. Ale zdarza się, że takowe dostaję. I tak korzystam na co dzień z zegarka - mądrali. Takiego, co to wie 'co i jak' tam u mnie, w środku. Przypomina mi, żebym poruszał się kiedy siedzę zbyt długo. Motywuje do ćwiczeń. Generalnie: fajna sprawa. Z precyzją i beznamiętnością cyfrowego mózgu pokazuje mi moje wysiłki i trudy dnia codziennego - w postaci spalonych kilokalorii. Co ważne - rozróżnia te spalone w czasie aktywności i ćwiczeń od tych generowanych w spoczynku, w czasie normalnego funkcjonowania organizmu, dającego zamknąć się w stwierdzeniu ‚jestem’. Robi to uczciwie - czyli nie podlega wpływom zewnętrznym w postaci moich oczekiwań. Wykazuje się przy tym całkowitą nieczułością wobec moich zdziwień i emocjonalnych zawołań ‚no przecież tak dzielnie ćwiczyłem!’. No cóż. Spacer to nie robienie pompek dziesiątkami. Przynajmniej, jeśli idzie o spalone kalorie.

Ten mój naręczny mądrala ustawia mi liczbę kalorii do spalenia w czasie aktywności. Przygląda się niejako moim codziennym poczynaniom w tym zakresie i proponuje próg aktywności ustawiając go tak, by jednocześnie robić więcej, ale nie zniechęcać mnie do podejmowania wysiłku.

I tutaj właśnie pojawiła się wzmiankowana ciekawa sprawa. Pytanie można zadać takie: czy istnieje związek między spalaniem kalorii a sprawowaniem pieczy nad czworgiem dzieci pod nieobecność Ukochanej?

Okazało się, że TAK!

Po tygodniu moich rodzicielskich zmagań ‚mądrala' poinformował mnie, że w ostatnim tygodniu byłem ponadprzeciętnie aktywny. Zaintrygowany tym, sprawdziłem statystyki. Okazało się, że pod nieobecność Mamy naszych dzieci, moje kaloryczne wyniki wzrosły od 70 do 120% dziennie, w stosunku do założonego - tego poprzednio motywującego poziomu, czyli sprzed wyjazdu Ukochanej.

Komputerowy mózg w zegarku określił ten tydzień jako mój najlepszy wysiłkowo w całym roku (a mamy grudzień) i to w trzech różnych kategoriach. Nawet wirtualne odznaki dostałem...

Wnioski? Matematycznie wszysto pasuje - jeden rodzic mniej równoważą obowiązki razy dwa u tego, który został. Tyle, że będąc w domu razem, możemy z Ukochaną pewne rzeczy robić równolegle, w tym samym czasie... Sprawdziłem i to. Okazało się, że w ciągu minionego tygodnia sypiałem krócej.

Pomyślało się mi również, że takie biometryczne dane są bardzo, a w zasadzce najbardziej intymnymi informacjami o mnie, jako biologicznej istocie. Oczywiście w zakresie, w jakim są pozyskiwane, z określoną precyzją tych ujęć, itp. itd. Nie ma tu mowy o prostym odczytywaniu myśli i pragnień, ale i tak jest się nad czym zastanawiać.

Wyobraź sobie, że do takich danych - Twoich danych, ma dostęp ubezpieczyciel lub pracodawca. I któregoś dnia przychodzisz do pracy, a tam czeka już na Ciebie rozwiązanie stosunku pracy. A miesiąc później ‚piorun strzela w rabarbar’. Straszne? Ale prawdopodobne...

Pokłosiem tego wszystkiego jest zaś to, że ten mądrala zegarek zaproponował mi zwiększenie mojego dziennego obciążenia kalorycznego na plus piętnaście procent w stosunku do poprzedniego poziomu.

Ludzki pan!
Przyjąłem.
Ukochana zapisała się na nauki kolejnego obcego języka...

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}