Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Kruchosc

Kruchość

Kiedyś - w tamtym moim życiu przed życiem z Dziećmi i Ukochaną, byłem na towarzyskim spotkaniu. Grała muzyka. Szumiało w głowie. To wtedy zadzwonił mój Kolega.

Zapytał mnie o historię, którą opowiadałem dzień wcześniej jego Żonie. Dziwne - pomyślałem. Prawie dwudziesta dziewiąta godzina. Ja cały w skowronkach. I tylko ta rozmowa, nie wiadomo o czym. „Bo moja Żona nie żyje” - powiedział. Wino uleciało ze mnie równie szybko, jak skowronki.

Obudziła się nagle. Z krzykiem. Upadła. Ostatnie tchnienie oddała w usta reanimującej ją Córki. Zgasła. Nagle i bez pożegnania. Młodo. Granat, który wybuchł w jej głowie zabrał światu ją samą i poharatał tych którzy zostali. Pamiętam.

Pamiętam także i ten wieczór, z bólem odmienioną nie do poznania twarzą Ukochanej, która tyle potrafi znieść. Pamiętam tykanie zegara. Nie wiem czy w mojej głowie pełnej ujawnionych nagle wspomnieneń, czy w głowe Ukochanej. Może w oczekiwaniu na połączenie z numerem alarmowym... Pamiętam suchość ust, gdy dyspozytor jeszcze przed lekarskim potwierdzeniem w wywiadzie wysłał karetkę: bez sygnału proszę - dzieci śpią... Pogotowie przyjechało niemalże natychmiast. Rozpoznanie było równie szybkie, co i decyzja. Do szpitala. Zaraz! I tylko tykanie zegara w mojej głowie z nadzieją, że tylko w mojej.

To, czego już sam nie widziałem zostając z dziećmi, to szpital. Z tomografią od ręki i natychmiastową oceną jej wyniku. To nie granat!

Dzieci widziały kładącą je do snu Mamę. I o poranku, z mniej zbolałą niż wieczorem miną. Śniąc o niebieskich, nie doświadczyły tego nagłego zatrzymania świata.

Jak pięknie jest być!
Każdy ma swoje Święto Dziękczynienia.

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}