Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Geriatrycznie

Geriatrycznie?

Dawno, dawno temu - jakieś osiem kilogramów i czworo dzieci mniej, żył sobie chłopak, który kochał tańczyć. Nie, żeby specjalnie potrafił. Ale miał wielkie serce i nie zrażał się. Powiedziałbym, że zbyt często zadzierał nosa, ale - podobno - był lubiany. Nie zależało mu na sławie, czy popularności. Ba! Nie potrzebował nawet występów przed publicznością, żeby znajdować radość i sens ćwiczenia z grupą, w której życie bardzo się angażował.

W zespole był zwyczaj prowadzenia przez jego uczestników ‚rozgrzewek’ przed właściwymi ćwiczeniami. Chłopak zawsze starał się, aby jego zajęcia były nacechowane, szczególne. Takie eksponujące duchowość ciała. Czy jakoś tak.

Z boku mogło to wyglądać śmiesznie, albo dziwnie. Bo to dość nietypowe, kiedy rozgrzewka - z definicji służąca podniesieniu ciepłoty ciała (dokonywanej przez pobudzenie układów nerwowego, kostno-szkieletowego, mięśniowego i krążeniowo-oddechowego, przygotowująca do wzmożonej aktywności...), kończy się... medytacją przed palącą się świecą. Nie jestem już pewien, o co chodziło, ale skutek był taki, że ćwiczącym było tak dobrze i błogo, że nie chciało się wstać... A w uszach, brzęczą mi słowa „... a teraz możesz otworzyć oczy i działać, bo światło jest w tobie i pozostanie w tobie. Wstań! Działaj! Tańcz!”. Nie posłuchali. Nie od razu. Nie wszyscy...

Chłopak myślał o sobie, że jest twórczy. A był? Tego nie wiem, ale pamietam, jak wymyślił sobie zabawę w ‚ślepaczki’, którymi były osoby z poruszające się z zamkniętymi oczami. Oczywiście po to, aby ‚bardziej czuć’. Część ćwiczeń wyglądała przekomicznie. Zwykle jest tak z ludźmi, że wyłączenie zmysłu widzenia powoduje usztywnienie ciała, utratę gracji poruszania się, niepewność wynikającą z ryzyka - nazwijmy to ‚zderzenia z rzeczywistością’. Ale chłopak nie zrażał się i wypracowywał pomysły rozbudowywania ćwiczeń prostszych w trudniejsze, bardziej złożone - zadań rozwijających jednocześnie lepsze czucie siebie, poczucie bezpieczeństwa w roli ‚ślepaczka’, ale też i osoby go prowadzącej. Żeby nie przynudzać napiszę, że najwyższą formą ekspresji, jaką udało mu się zrealizować w grupie, był swobodny taniec z zamkniętymi oczyma. Brzmi niewinnie, ale działo się to w sali z dwiema kolumnami pośrodku, z wielkimi lustrami na ścianach i nisko usytuowanymi (choć wielkimi) oknami, prowadzącymi w betonową przepaść... No i były jeszcze inne ‚ślepaczki’.

Do dzisiaj czuję dreszcze emocji, kiedy wspominam to ćwiczenie. Wszystko było możliwe dzięki temu, że każdy ‚ślepaczek’ miał dwóch ‚aniołów stróży’ - osoby, które dbały aby ten nie wpadł na nic, ani na nikogo. ‚Ślepaczki’ mogły robić dokładnie wszystko. I robiły. Aniołowie zaś, w pocie czoła (sic!) budowały nieskończone rozwinięcia wybujałej ślepaczkowej fantazji, wprowadzając je na bezpieczne orbity, nadając miękkości lądowań i nierzadko inicjując zaskakujące interakcje z przedmiotami i innymi osobami...

Działo się! Grupa pracowała mocno energetycznie. Ekstatycznie rzekłbym. Nikomu nic się nie działo. Oczywiście poza pięknem, które odczuwali wszyscy. Przyjmuję, że tak właśnie było, bo nie chcieli kończyć... Zaskoczeniem było, że chłopak - kierujący narastającą energią tego performance’u, w pewnym momencie... wybiegł z sali. Później dowiedziałem się, że nie potrafił poradzić sobie z emocjami, których doświadczał jako świadek, ale nie uczestnik tak cudownego, jak niepowtarzalnego i efemerycznego wydarzenia - totalnej immersji i zjednoczenia tańca, tańczących i tańczenia. Pewnie dlatego mówił często „tańczy mi się”, albo: „jestem tańcem”...

Pamiętam, a może tylko zdawało mi się?
Jakieś dwadzieścia pięć lat później, coś się stało. Chłopak przestał się uśmiechać. Jego głos - jeśli słyszany - stał się charkotliwy i zduszony, a radość rzadko błyszczała w oczach. Jest. Obok. Tak się jakoś stało...

Dobrze widzisz. Ten schodzący ze sceny - to ja.

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}