Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Stuk puk

Stuk-puk

Nie ze wszystkim jestem na bieżąco, ale dotarła do mnie kilka dni temu informacja o wejściu Policji do domu redaktorki Polskiego Radia. Podobno głośna sprawa. Zapewne z powodu zachowania przedstawicieli prawa i władzy. Równie porażającego w trakcie zajścia, jak i później, gdy okazało się blamażem. No, a potem to już tylko wpisy w social mediach na oficjalnym kanale tej instytucji i ich tłumaczenie przez rzecznika. Oczywiście jako kolejna ‚pomyłka’.
Z tego, co pamiętam, to któraś z żon komisarza Ryby miała na imię Pomyłka.

Dlaczego o tym piszę? Do mnie również przyszła Policja…

Jeśli zastanawiałaś, zastanawiałeś się, jak to jest, to z mojego całkiem świeżego doświadczenia rzeknę, że ‚słabo’. W moim przypadku odbyło się to chwilę po szóstej rano. Ale - szczęściem dla mnie - bez wtargnięcia. Troje funkcjonariuszy zadzwoniło grzecznie domofonem, po szóstej rano, w wolny dzień. Dla wielu przedświąteczny lub świąteczny. Przedstawili się jako funkcjonariusze Komendy Miejskiej Policji. Szkoda, że noc przed urodzinami Córci była tak pracowita, jak krótka. Szansa już nie na trochę dłuższy sen, ale na chociaż trochę snu, właśnie przepadła. W każdym razie, po wpuszczeniu państwa na klatkę nastała… cisza i spokój. Po takim lakonicznym anonsie w domofonowej słuchawce, nie sposób było wnioskować z pewnością, że szli do mnie akurat. Prawdopodobnie wiedziałbym coś o tym. No, chyba, żeby oni wiedzieli coś, czego sam nie byłbym świadomym. W każdym razie minęła dłuższa chwila zanim zadzwonił dzwonek u drzwi. Zapewne przed interwencją, państwo robili rozpoznanie na klatce… Byli mili. Generalnie. Po pierwsze nie wtargnęli do mieszkania, a pewnie udało by się im to, gdyby chcieli: dwóch funkcjonariuszy było w typie ‚chłopów śląskich’ - w barach szerokich, w biodrach wąskich. Moje zastawienie drzwi - nie byli w mundurach a ostrożność nie wadzi - mogłoby się nie sprawdzić, gdyby obydwaj ‚przyłożyli siłę’… Jeden z panów, pomachał policyjną blachą. Drugi stał nieco z tyłu, z jedną ręką w kieszeni - może z gazem, może z pistoletem. Tego nie wiem, ale trzecia osoba - kobieta, również stała w sposób uniemożliwiający mi skuteczną obronę w przypadku, gdybym sobie taką założył…

Obyło się bez rękoczynów, ale to nie oznacza, że bez porażki. Bo nie wiem, jak wytłumaczyć fakt wizyty, skoro nie byłem adresatem dobrej nowiny, którą państwo chcieli ogłosić (doręczenie wyroku sądu). Zwłaszcza, że dwa tygodnie wcześniej jacyś (inni?) policjanci szukali konkretnej osoby, która wskazała nasz adres zamieszkania jako własny… I dowiedzieli się od Ukochanej, z którą grzecznie rozmawiali, że to pomyłka, a w każdym razie informacja nieaktualna od małych ‚nastu’ lat… Piszę o tym, bo śmiali się mówiąc, że ich wywiadowcy się - tu cytat: ‚nie sprawdzili’. Wyszło na to, że nie żartowali, bo brnęli w tę ślepą dla ich sprawy uliczkę, dalej.

Odbyło się bez pacyfikacji. Być może dlatego, że znając wygląd osoby poszukiwanej (pewności nie mam) państwo wiedzieli, że to nie ja. W każdym razie przyjęli moje wytłumaczenie. Jakkolwiek postraszyli - w trybie poinformowania mnie o konieczności współpracy, mimo - jak sądzę - braku podstawy prawnej. Ale poszli sobie. Oczywiście nie przepraszając za najście. Bo i po co.

Zastanawia mnie, jak to jest, że służbom które mogą inwigilować każdego i zawsze, nie udało się ustalić moich personaliów w toku przygotowania całej operacji. Zwłaszcza po zwróceniu uwagi na fakt nieaktualności posiadanych przez te służby danych we wcześniejszej rozmowie z funkcjonariuszami. Tak ’słabe’ procedury nie powinny być powodem do dumy, ani dla nich, ani dla społeczeństwa.

Oczywiście nie było powodu z mojej strony, aby nie udzielić państwu wyjaśnień w sprawie, z którą do mnie przyszli, co też uczyniłem. Ale po tym, jak wypracowywana przez lata reputacja, trąci odium ‚obywatelskości’ czasów słusznie minionych, to nie było miłe. Było porażające.

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}