Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Nie żyję

Nie żyję

To miało nigdy nie nadejść. A jednak! Nie żyję. Tzn. nie, że nie żyję w ogóle - skoro piszę, znak to, że nie wszystek umarłem. Ale i tak nie żyję. Dla siebie. Żyję w większości dla innych. Konkretnie: dla naszych dzieci. I zanim rozpędzisz się w peanach i czołobitności, od razu napiszę, że to wcale nie jest dobra wiadomość.

Z napisaniem tego tekstu nosiłem się miesiące. Z różnych powodów. Po części dlatego, że pisanie czegoś takiego może stanowić o istotnym martwieniu się o mnie Najbliższych. Tak też było. Temat bowiem łączył się ze specyficznym czasem: jesienno-zimowych ciemności i zimna, niespecjalnie sprzyjających radosnej twórczości. Raczej mocno deprymujących. Z naturalnych powodów mogło to budzić uzasadnioną troskę o moją psychofizyczną kondycję. Dlatego przeczytaj proszę tekst do końca.

Ja jednak zmagałem się w sobie z tematem. W ramach higieny psychiczno-rodzicielskiej, uczestniczyłem w tym czasie w warsztatach organizowanych przez Małgorzatę Musiał - tę od DOBREJ RELACJI. Warsztaty były ożywiające dla mej kondycji - polecam wszystkim i ‚po całości’ ofertę Małgosi. W pracy w małych grupach, pozwoliłem sobie ‚skołczować’ nurtujący mnie problem, i...

I, po pierwsze potwierdziły się moje wcześniejsze przypuszczenia, zwłaszcza dotyczące sposobów radzenia sobie z zaistniałą sytuacją. Niestety jednocześnie ujawnił się największy mankament tegoż - brak możliwości wprowadzenia w życie w tym konkretnym momencie dobrych rad (sic!) i pomysłów.

Żaby kumają od razu, a ludzie już niekoniecznie, więc wyjaśniam. Gdzieś w tym ferworze codzienności - zgubiłem siebie samego. Dotarło do mnie, że nie realizuję się, że działam wyłącznie w roli rodzica. Bez przerw - co winno być zrozumiałe jeszcze przed podjęciem decyzji o rodzicielstwie. Ale też bez odpoczynku, wytchnienia, przeciwwagi dla codziennych obowiązków. Czy to istotne?

A jakim jest się rodzicem w permanentnym zmęczeniu. Fizycznym i psychicznym. Cierpliwym? Takim z ‚postronkami’? To może energicznym? Dzieci trzeba czasem porwać i zachwycić. Oczywiście do codziennych rytuałów już nie tylko energia ale i siły potrzebne... A czy potykając się o własne nogi można mieć perspektywy, planować przyszłość, kiedy ledwo się z teraźniejszością uporać potrafię? Jakimże wspierającym przyjacielem, dynamicznym partnerem i szalonym kochankiem dla Ukochanej mogę być, nie czując siebie poza zmęczeniem we wszelkich sferach?

Kiedyś, rozmawiając z jedną z koleżanek, obśmialiśmy się z tego, że jesteśmy niejako - parafrazując Ronalda Meighana - ‚twice born’. To dlatego, że mamy dwa życia: to ‚przed dziećmi’ - przeszłe i dokonane oraz to trwające, z najpiękniejszymi istotami na świecie.

Gdzieś w tej szarości dni minionych, przypominałem sobie, jak oddawałem coraz więcej siebie moim dzieciom. Nie było tu gwałtu - oddawałem z własnej woli. Najpierw oddałem oczywiście kawalerską wolność. Bez żalu. Ale też oddałem pasje, których spełnianie wiązało się z czasem, którego wciąż brakowało przy codziennej opiece nad dziećmi. Sukcesywnie, ale nie do końca niepostrzeżenie. Dość, że napiszę, że w czasie kiedy na świat przyszła nasza Gajcia, udawało mi się chodzić dwa razy w tygodniu na niezmiernie dynamiczne, wyczerpujące z jednej strony fizycznie, ale i budujące dzięki temu z drugiej strony treningi. No, niestety - dobre się skończyło. Teraz nie mam już nic. Nawet siły na aktywność własną w tych wyszarpanych z życiowego grafika momentach. Tyleż spontanicznych, co i nieoczekiwanych chwil ‚wolnego’. A przeszłość ginie w odmętach niepamięci, czyniąc ze mnie kolejnego gawędziarza-amatora. O ile uda mi się wyrwać z tej przedwczesnej, jak dla mnie, demencji.

Zastanawiałem się w nagłych atakach świadomości, jakie potrzeby musiałbym, chciałbym, powinienem spełnić, aby się ‚zresetować’, odświeżyć. Stawiałem sobie również pytanie o granice. Czy potrafię je wyznaczać? Czy ich strzegę? To powinno działać w dwie strony. Czy jestem w tym konsekwentny?

Pewnie dobrze jest, gdy świat wokół wspiera trud rodzicielstwa. Zwłaszcza w społeczno-ekonomicznym wymiarze. Wtedy zwyczajnie jest łatwiej. Jest więcej możliwości. W moim przypadku niestety to nie działa. Czy żałuję wolności oddanej na rzecz rodzicielskich obowiązków? Absolutnie nie! Ale moje postępujące zużycie - tak to czuję - jest przedwczesne. I z pewnością nie służy ani naszym dzieciom, ani mnie samemu, ani też społeczeństwu. A wydawać by się mogło, że zaangażowani w wychowanie rodzice powinni by wartościowi i dowartościowani.

Pisałem, całkiem niedawno, o fenomenie percepcji przesilenia zimowego. W dziesiątkach tysiącleci istnienia naszego gatunku, zauważenie tej zmiany - rozpoczęcia cyklu wydłużania się dnia, musiało wydawać się ludziom czymś magicznym. Dla mnie samego - człowieka XXI już stulecia ery nowożytnej, jest - mimo całej wiedzy na temat tego zjawiska - zupełnie podobnie. Immersja w doświadczeniu jaśniejszych wciąż dni, codziennie dłuższych natchnienia nadzieją. Formalnie, codzienność mojego funkcjonowania się nie zmieniła. Nie zniknęły ograniczenia, a i trudów jakby przybyło. A jednak jaśnieje mi w głowie i sercu. Jakoś też niespecjalnie widzę nowe możliwości. Ale dotrwałem do tych planowanych, tworzących niecodzienność wypełnioną innymi aktywnościami. Napiszę i o nich. Wkrótce.

Bo to nie jest tak, że nie chcę żyć. Chciałbym żyć trochę inaczej. Nie zużywać się, a rozkwitać.





Dużo wody upłynęło w rzece życia od napisania tego. Pojawiły się dwa światełka, z których jedno zdążyło już w nienaturalny dla mnie i niezamierzony sposób przygasnąć. Ostatecznie do publikacji tej gorzkości skłoniło mnie odkrycie, że nie jestem jedynym w takiej sytuacji. W rozmowach ze znajomymi okazało się, że 'jest mnie więcej'. To nie dobrze, ale prawdziwie. Wiedz i o tym.

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}