Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Wnaturzanie 2

Wnaturzanie [2]

Nie pierwszy śnieg za oknem, ale to jesień jeszcze. I anonsowana o wnaturzaniu, kolejna refleksja - historia jesienna. I kolejny samograj. Bo o letnim - wakacyjnych wojażach z dziećmi już wspominałem.

Niemalże każdy weekend jesienny spędzaliśmy w ‚domu na skraju lasu’. Wyraźnie na uboczu mało uczęszczanego i słabo zaludnionego miejsca. Nie, żeby pustkowie jakieś, ale wystarczająco, by czuć się swobodnie.

Las mieszany, z polanami. Piękny. Dom - ani stary, ani nowy. Z obejściem i przyległościami gospodarczymi, małym ogródkiem wpisującym się w charakter lasu... Dla jednych być może niewiele, ale dla mnie i dzieciaków jedno wielkie uroczysko. Przynajmniej, jeśli patrzeć w perspektywie przygód i historii, jakie w tym miejscu przeżywaliśmy, wplatując w nasze biografie.

Las. W tym roku niebywałe hojny, był miejscem rodzinnych spacerów i samodzielnej eksploracji dzieci. Po zapoznaniu z terenem i topografią, wyposażone w krótkofalówki, latały po nim mniej i bardziej grupowo. W końcu znalazły się niezliczone okazje do wspinania się na drzewa. Kiedy byłem dzieckiem, było to całkowicie normalne, powszechne i w zasadzie akceptowane społecznie. No, może z drobnymi wyjątkami na „nie”. Ale każdy szanujący się młody człowiek, płci obojga niejednocześnie, potrafił i lubił wspinać się. Przynajmniej dopóki ogrodu imienia znanego z ich zakładania krakowskiego społecznika nie wyrównano, wycinając niemalże wszystkie drzewa...

Z tym wspinaniem - bez spiny i odium niewłaściwości zachowania, z okazjami do ćwiczenia sprawności i sprytu - oczywiście pośród uśmiechów i radosnego współzawodniczenia, wiąże się zabawna historia. Otóż, najtrudniejszą sprawą okazało się przekonanie naszej Zojki do tego, że do lasu na wspinaczkę, to lepiej jest buty jakieś ubrać. Wiem, że to może zabrzmieć śmiesznie. Tyle, że Zoja biegająca po podwórku czasem i w butach, do lasu zawsze i konsekwentnie chodziła boso. Przynajmniej dopóki nie zrobiło się zimno. Za sukces poczytuję sobie to właśnie - 'reszta' była tak spontaniczna, że nie zdążyłem jakiejkolwiek sugestii w tej kwestii poczynić...

Aż zazdrościłem Córci - zwinna i przede wszystkim lekka, pomykała po runie bogatym, masując i stymulując stopy. A może i pieszcząc? Nie mogę tego wykluczyć - zbyt mocno przed zakładaniem butów się broniła :)

Zbieranie grzybów, topografia w praktyce, rozpoznawanie śladów zwierząt... Szukanie siebie nawzajem, podchody. A las zmieniał się wciąż w kolorystyce. Pachniał inaczej... Maja - po wakacyjnym surwiwalu, wiodła prym w urządzaniu schronień i przygotowywaniu ogniska. O to, by nie gasło, solidarnie dbały wszystkie dzieci. Proporcjonalnie do znikającego prowiantu. Chleb? Tylko z rusztu. Kiełbaska? Tylko na zaostrzonym przez siebie patyku.

To akurat również dla mnie jest ważne. Dawaliśmy dzieciom scyzoryki, noże do zbierania grzybów, finkę. Uczyły się posługiwania nimi - bezpiecznego, dającego efekty i satysfakcję. Tyleż sobie, co i dumnemu ojcu :)

Dzieciaki pojawiały się i znikały. Na tak dużej powierzchni nie było to trudne, ale też i uciążliwe. Uwidaczniały się procesy samoorganizacji. Wyzwalały się w wyniku radosnego knucia, w momencie wyjścia z auta, zaraz po przyjeździe na miejsce. I tak od rana do wieczora.

W zasadzie to nie pamiętam, czy kiedykolwiek zdażyło mi się proponować dzieciakom jakąś konkretną aktywność. To oczywiście było dizałaniem w zgodzie z dyrektywą nadrzędną | po pierwsze - nie przeszkadzać.

Dopiszę jeszcze, że dzieci było zwykle więcej niż nasza gromadka. Bardzo podobało mi się, że starsze pamiętały o maluchach. Zojka zadba o siebie sama - wiadomo. Czyli i tak poleci za starszymi... Ale starszacy próbowali włączać w zabawy i eksploracje również Gajcię. Zamieniali się w przewodników, nauczycieli i... skupiali jej uwagę na dostatecznie długo by rodzice zdołali złapać wdech. Samodzielnie, bez towarzystwa. Kałuża, staw, ul, muchomor, szyszki, jakieś narzędzia... Same atrakcje! Również dla takiego malucha. A i sen odpowiednio długi i głęboki. O ile się nie przytrafił spontanicznie, zawsze była okazja, by pojechać do sklepu przez las. Na tyle daleko, żeby zmorzyć to nasze Nieusłuchanie. Oczywiście, aby nabrało sił do przygód kolejnych po przebudzeniu...

Wnaturzanie. To lubię!

ps. na zdjęciu najodważniejsza z całej dziecięcej gromady Zojka :)

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}