Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Wnaturzanie 1

Wnaturzenie [1]

Niektórzy mówią, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy, ale to nie jest prawda. Nasze ciała zbudowane są z gwiezdnej materii powstałej miliardy lat temu, niewyobrażalnie daleko stąd. Lubię tę opowieść... Zwłaszcza w wersji Carla Sagana. I ja w zasadzie w tej sprawie dzisiaj. Tyle, że na nieco mniejszą skalę.

„Pamiętajcie o ogrodach - przecież stamtąd przyszliście” napisał w jednej ze swych piosenek Jonasz Kofta. Według mnie tak trafnie, jak pięknie. W obu przypadkach. To jest jeśli idzie o pamięć i o naturę.

Bynajmniej nie będę kontrowersyjnym przyznając się do lubości przebywania w naturze. Dla współczesnego człowieka naturą zdaje się być świat technologii, ale po staroświecku będę trzymał się rozróżnienia tego co jest wytworem człowieka - kultury, od tego co pierwsze, czyli Natury (z wielkiej litery, za przykładem starożytnych Greków mówiących o Kosmosie).

I być może wbrew zdaniu niektórych (wielu?), będę trwał na stanowisku, że nie jest wnaturzanie atawizmem, a żywą potrzebą jedności ze światem, którego jestem częścią.

No! To już prawie jesteśmy ‚po słowie’. Prawie, bo historie wnaturzania będą trzy. Dzisiaj pierwsza, kolejne niebawem.

Jako przykładem trącący ojciec zabieram - kiedy tylko mi się to uda, dzieci ‚pod namiot’. Pisałem o tym już wcześniej, ale powtórzę. Poza walorami zdrowotnymi, miejsca w które się udajemy mają niesamowity potencjał poznawczy i są megagalaktycznie bardziej atrakcyjne dla dzieci, niż jakikolwiek znany mi plac zabaw. Generalnie, taki wyjazd to samograj. Okazja goni okazję. Do odpoczynku, do eksploracji. Zapewne jedyną znaczącą różnicą między mną a dziećmi w czasie takiego wnaturzania jest fakt, że ja potocznego ‚nicnierobienia’ nie kojarzę z nudzeniem się. Prędzej rzekłbym, że kwitnę :)

Stało się tak, że pojechałem pod namiot z naszą trzyletnią Zojcią. Ten konkretny wypad odbywałem pod hasłem ‚po co używać kuchenki lub rozpalać ognisko, skoro można zbudować mały rocket stove i sprawdzić jak się sprawuje’. Zojka patrzyła na mnie dziwnie. Bo się ojciec uparł i zrobienie zwykłego kisielu zajmowało godzinę, jeśli nie więcej. A w kontekście posiadania alternatyw w tym zakresie - było to dla niej niewytłumaczalne w prostych słowach.

Ale się zawziąłem. Na początku wakacji, dzięki rodzinnemu wsparciu w postaci materiału, giętarek do blachy i zgrzewarki, zbudowałem duży piecyk (rocket stove). Pod namiot zdecydowanie za duży. Taki, ze 2-3 KW... Wymyśliłem sobie w związku z tym taki mały. Z puszki po Gajowym mleku i napoju dla dorosłych.

Postanowiłem sobie być cierpliwym i gotować tylko na nim właśnie. I była to dla mnie (reko)lekcja pokory. Utrzymanie zwykłego ogniska jest zwyczajnie prostsze. Ale moje myśli wędrowały po orbitach szczęśliwości i tak.

Wysiłek, jaki wkładałem w budzenie i utrzymanie ognia dla mnie był sposobem na odpoczywanie. Był jednocześnie bardzo czasochłonny. Pośród klejących się do siebie chwil zachwytu i regeneracji, uzmysławiało mi to prostą sprawę. Gdybym musiał zabiegać o ogień w ten sposób - byłbym wiecznie zajęty. Nie byłoby czasu na wiele więcej. A gdzie życie? Co ze zdobywaniem pożywienia? A robienie zapasów na ‚zaś’?

Jakże wygodnym jest życie w świecie ‚instant’! Niewielkim wysiłkiem można uzyskać w nim wszystko to, co w naturze zajęłoby całą masę czasu. Oczywiście, po to by zająć się ‚wyższymi sprawami’, nawet gdy nie są one tworzeniem poezji...

Przebywanie w naturze ustawia w ‚pionie’, uczy wartościowania. Nie trzeba jechać w amazońską dżunglę, syberyjskie pustkowia czy inne Himalaje, by tego doświadczyć. W naturze albo honorujemy jej prawidła, albo przestajemy istnieć. Znaczy się umieramy. Z zimna, głodu, odwodnienia, chorób... Pomyśl sobie, co stałoby się, gdyby nagle zabrakło prądu i gazu w Twoim domu. Znakomita większość ludzi nagle straciłaby możliwość ogrzania się i przygotowania ciepłego posiłku. I pomyśl jeszcze, że sytuacja taka trwałaby dłużej; że dotyczyłaby nie tylko Ciebie, ale i ludzi wokół. Zabrzmiało złowieszczo...

Mam Koleżankę. Wiem, to się zdarza. Ale moja Koleżanka, to jest taka dziewczyna od psich zaprzęgów, co już nie jest tak powszechne. Kiedy opowiadałem jej ostatnio i z przejęciem o moich wnaturzeniach, zdradziła mi jeden z sekretów swojej młodszości. Wybierała sobie chłopaków, potrafiących rozpalić ogień... Zapewnie zabrzmiało to równie śmiesznie teraz, jak wówczas gdy samemu to usłyszałem, ale... Im dłużej o tym myślę, tym nabiera to większej wartości. Raz, że to takie romantyczne. Czyli i ważne. Jednocześnie, taki potrafiący zadbać o ognisko domowe ktoś, to musi być niezły gość. A w tym przypadku w grę wchodzi już nie młodzieńczy zachwyt a świadome pragnienie bezpieczeństwa. Jest grubo.

Moja przygoda z Zojką zakończyła się dwiema refleksjami. Pierwsza, że to fajne, gdy dzieciaki jeżdżą ze mną. Że możemy sobie tak się razem wnaturzać i zdobywać nowe doświadczenia. Druga jest dość prozaiczna - gdybym zabrał dwie Gajowo-mleczne puszki, nie miałbym takich około-kuchennych atrakcji. Zrobiłbym wyższy komin i byłoby 'po sprawie'...

Co do spostrzeżeń natury ogólnej dodam, że... zawsze do nich docieram. Wnaturzanie uczy mnie pokory. Wspominam moich kolegów-którzy-już-nie-nurkują, z powodu jednego tylko, acz brzemiennego zadziałania przeciw naturze. Dostrzegam kruchość tego co stanowi o moim poczuciu codziennego komfortu i bezpieczeństwa. Cieszę się życiem.

I nieustannie ćwiczę rozpalanie ogniska :)

Google Plus
{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}