Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Panstwo vs wielodzietny

Państwo kontra wielodzietny 1:1

Po tym jak moje perypetie formalno-urzędowe zaczęły przypominać serial przygodowo-sensacyjny, pomyślałem, że warto opisywać je na blogu.

Słyszałem ostatnio w radiu, że liczba urzędników w naszym kraju to ponad 2,5 miliona profesjonalnie działających osób. Są wśród nich urzędnicy wysokiego szczebla, ale zapewne w drobnym odsetku, może nawet w promilu. No bo ilu może być prezydentów, wojewodów, burmistrzów, wójtów…? W tej ogromnej liczbie i tak zginą oni pośród rzeszy facylitatorów spraw obywatelskich, w służbie krajowi i ludziom. No właśnie! Zapewne bolączki urzędowe dotykają wielu. Zapewne nie wszystkich - bo nie uwierzę, że 'odmawia się' prezydentowi, wojewodzie, burmistrzowi, dyrektorowi, i innym VIP-om, chociażby celebrytom. Mnie dotykają.

I żeby nie być posądzonym o stronniczość, czyli bycie 'anty', zacznę od tego, iż w czasie załatwiania rejestracji pojazdu w Wydziale Ewidencji i Rejestracji, rejestrująca mnie na konkretny termin urzędniczka, zaproponowała korzystniejszy dla mnie termin realizacji sprawy, zaraz po mojej prośbie, jako zabieganego acz szczęśliwego taty dopiero co narodzonego czwartego dziecka. Sama realizacja zadania była szybka, profesjonalna i miła. Brawo! Czyli mam wynik 0:1.

A teraz runda druga. Nie wiem czy wiesz, że zmienił się druk Skróconego Aktu Urodzenia. Wyróżnia się już na pierwszy rzut oka - jest kolorowy.

Odpis aktu stanowi podstawowy dokument do załatwianie wszelkich spraw - około dziecięcych w moim przypadku. Rodzice otrzymują jeden egzemplarz z informacją, że mogą swobodnie posługiwać się jego kserokopią. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe, prawda? Kserokopie winien zrobić urzędnik samodzielnie z przedstawionego mu oryginału. A co jeśli oryginał zostaje ‚wypożyczony w celu potwierdzenia oryginalności', poprzez wysłanie do ZUS? Dzieje się tak np. w przypadku małych przedsiębiorców tj. zatrudniających mniej niż 50 osób, jeśli się nie mylę. To właśnie przypadek mojej ukochanej.

No, ale żeby wyrobić Kartę Dużej Rodziny i otrzymać tzw. becikowe, potrzebny jest oryginał. Oczywiście ten, którego nie ma…

Trzeba zatem iść do Urzędu Stanu Cywilnego. I tu właśnie, gdzieś dwa tygodnie temu zaczęła się ta historia… Niestety! Jeden pokój, petentów chmara (pozwalam sobie, wliczając i siebie)… Kilkukrotna próba uzyskania odpisu spełzła na niczym. Mierząc czas obsługi petenta, wyszło mi około 30 minut na osobę. Oczywiście jakkolwiek długi czas bezpośredniej obsługi może mi się nie podobać, może on wynikać z obiektywnych powodów. Nawet jeśli miałby to być wolno działający komputer. Problemem dla mnie, ale zapewne nie tylko, jest czas oczekiwania na wejście do pokoju. Żeby móc załatwić sprawę urzędową, musiałbym poświęcić około 3-4 godzin oczekiwania w samym urzędzie, plus 'tam i z powrotem'. Powinienem także uwzględnić wytrzymałość dzieci - trudno żebym je zamykał w piwnicy albo innej szafie tylko dlatego, że akurat mam fantazję podziwiać samemu smutne urzędowe lamperie. Zatem zabierając z konieczności jedno, dwoje lub troje dzieci (raz tak się zdarzyło), zwyczajnie nie mam czasu na długie wyczekiwanie w kolejce, a więc i szansy na sukces… I to mimo tego, że summa summarum 'swoje' już wysiedziałem.

Może za czwartym razem się uda?

Tymczasem, państwo kontra wielodzietny - 1:1.

Ciąg Dalszy Nastąpi

{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}